środa, 20 września 2017

Skalny amfiteatr, Zielona Wróżka i szynka gotowana w asfalcie


Dziś kolejny raz wracam do tematyki wakacyjnej i do zdjęć z wyjątkowej wycieczki, do której zrobiliśmy dwa podejścia. 


Na granicy szwajcarskich kantonów Neuchatel i Vaud powstał naturalny, skalny amfiteatr o gigantycznych rozmiarach Creux du Van: pionowe skalne ściany o wysokości 160 metrów otaczają nieckę o długości czterech i szerokości jednego kilometra.




Wyprawę w to miejsce trzeba dobrze zaplanować. Za pierwszym podejściem dotarliśmy tam wracając z zupełnie innego miejsca. Ale Creux du Van nie da się "zaliczyć" po drodze. Wjeżdżając na górę od strony miejscowości Travers, musimy bowiem pokonać kilkanaście stromych zakrętów tzw.serpentyn uważając po drodze na pewne zwierzęta. Tereny te są bowiem ogromnym, naturalnym wypasem dla tysięcy krów, które przemieszczając się swobodnie po okolicy, pasą się od świtu po zmierzch. 
Obok drogi można zobaczyć ogromne kontenery na mleko, z których zapewne później powstają znane szwajcarskie przysmaki ;) 




Udaje nam się dotrzeć do miejsca przeznaczenia, ale jest już późno, słońce prawie zachodzi, temperatura spada do 12 stopni. Postanawiamy więc wrócić, ale o zdecydowanie wcześniejszej porze.

Kolejne podejście planujemy za kilka dni, po śniadaniu, kiedy to dziewczynki są już po pierwszych szaleństwach na placu zabaw i chętnie odpoczną siedząc w samochodzie. Jako, że przebywamy na kempingu w Lozannie, tym razem wybieramy trasę nad jeziorem Neuchâtel, która w ok.godzinę powinna doprowadzić nas do celu. 



Wspinając się w górę podziwiamy cudowne widoki.



Mijamy ogromne pola kukurydzy.




Trasa nie jest tak stroma jak za pierwszym razem, ale równie ciekawa. 
Nagle droga kończy się. Specjalnie przygotowany parking (bezpłatny) znajduje się obok restauracji od której należy iść jeszcze jakieś 300m, by znaleźć się u celu. 




Teren ogrodzony jest drutem kolczastym, który znajduje się pod prądem. 
Uwaga na dzieci! Chwila nieuwagi może skończyć się małym porażeniem. 



 Jak powstało to piękne miejsce?



Naturalny amfiteatr o średnicy jednego kilometra jest rezultatem erozji spowodowanej przez wodę i lód. Jest to raj dla koziorożców, świstaków, jeleni, ptaków drapieżnych i miłośników przyrody.





Najpierw lodowiec, a potem potoki stworzyły tę niesamowitą formację skalną z wapiennych warstw, w miejscu, gdzie przed 200 milionami lat znajdowało się morze. Stromo opadające skały oferują doskonałe spojrzenie na geologię Jury i jej fałdowanie.







Pośrodku skalnego kotła wytryska źródło "Fontaine Froide", którego woda przez cały rok ma temperaturę czterech stopni.





Wzdłuż brzegu tej areny prowadzi szlak wędrowny, na którym można poczuć się niczym w pierwszym rzędzie w teatrze. Dla bezpieczeństwa ścieżka oddzielona jest murem przez który nad sam skraj przepaści trzeba przejść bardzo wąskim przejściem. Nie objadajcie się więc zbytnio ;)



Na samej górze znajduje się również informacja turystyczna oraz leżaki i pufy na których można odpocząć.





Drugą największą atrakcją doliny, rozciągającą się od Jeziora Neuchâtel przez Jurę do granicy francuskiej, są kopalnie asfaltu. W latach 1711-1986 powstał tutaj system sztolni o łącznej długości 100 km. Asfaltu z Travers używano do budowy ulic w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku. Jeden kilometr korytarzy nieczynnej już kopalni udostępniony jest zwiedzającym. To właśnie tu można spróbować szynki gotowanej w asfalcie. Co Wy na to? :)


Dolina Val de Travers jest również ojczyzną absyntu, gwiazdy rejonu, nazywanego tutaj "zieloną wróżką".


Creux du Van to wspaniałe miejsce nie tylko na wycieczkę pieszą, ale również rowerową. Specjalnie przygotowane szlaki poprowadzą  Was przez fantastyczne miejsca i pozwolą nacieszyć oczy wspaniałymi widokami. A więc ćwiczcie formę! 


Współrzędne miejsca : 46° 55′ 57″ N6° 43′ 25″ E

Źródło informacji: www.myswitzerland.com

wtorek, 19 września 2017

Cuda się zdarzają, czyli o tym jak życie płata figle


Hankę poznałam kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu. Siedziałam wtedy w jedno z upalnych popołudni w pseudo ogródku (nie było tam trawy, dookoła tylko ziemia i pozostałości po budowie) i bujałam na huśtawce nieumiejącą jeszcze wtedy chodzić J. Nagle zobaczyłam idącą w moim kierunku niepozorną postać dziewczyny z małym psiakiem. Przedstawiła się, że jest moją sąsiadką i przyszła wziąć namiary na ekipę od balustrad, które właśnie były u nas montowane. Dziewczyna wydała się bardzo miła. Usiadła na chwilę ze mną i zaczęłyśmy rozmawiać. 
~ Ile masz lat?, zwróciła się do E.
~ Siedem, odpowiedziała moja dwuletnia wtedy córka.
Hanka zdziwiła się. 
~ Wiesz co? Nie znam się za bardzo na dzieciach, ale 7 lat to ty chyba nie masz, zaśmiała się. A ile ma twoja siostra?
~ Pięć, usłyszała Hanka. No cóż, proporcje zostały zachowane. Jedna młodsza, druga starsza.

Tak zaczęła się nasza rozmowa o dzieciach. Hanka wyjawiła mi, że jest w drugim miesiącu ciąży, a jej historia jest niesamowita. 



Od kilku lat jest pod stałą opieką neurologa, gdyż w mózgu ma guza, który w każdej chwili może się uaktywnić. Od lekarzy usłyszała, że ze względu na swój stan zdrowia, nigdy nie będzie mieć dzieci, jej organizm by tego nie wytrzymał. Biorąc ślub, zdawała więc sobie sprawę z tego, że ich rodzina to zawsze będą tylko dwie osoby. I tak było dobrze. Hanka nigdy nie przepadała za malutkimi dziećmi, nie miała parcia na ich posiadanie, była szczęśliwa w swoim życiu. Oboje z mężem bardzo dużo pracowali, w międzyczasie budując dom, który absolutnie nie był przygotowany pod małego domownika: wysokie, niebezpieczne schody, salon w formie loftu z sypialnią otwartą na górze, maleńki pokoik dla gości, który musiał stać się w przyszłości pokojem dla dziecka.

Jakie to życie jest przewrotne. Starając się o dziecko, marzymy o chwili kiedy na teście zobaczymy dwie kreski. Dla Hanki dwie kreski zabrzmiały jak wyrok. Z jej opowiadań wiem, że płakała, nie wiedziała co robić, jak ułożyć na nowo życie, które już było poukładane. Jak nauczyć się być matką, skoro miała nigdy nią nie zostać i z tym się pogodziła już wiele lat temu.

O adopcji powiedziałam jej w momencie, kiedy zapytała, czy polecam jakiś szpital do rodzenia. No cóż. Nie potrafię w takich sytuacjach kłamać, nie do niej. Hanka jest osobą bardzo specyficzną, mającą swój świat, swoje dziwaczne, ale zarazem urocze przekonania, a przede wszystkim jest osobą tak pogodną i optymistyczną, że dawno nikogo takiego nie poznałam. Jestem pełna podziwu dla kogoś, kto właściwie być może jest jak tykająca bomba, a potrafi mieć w sobie tyle energii do życia. A może właśnie dlatego ją ma? Dla niej życie jest czarne albo białe. I to chyba jest kluczem do sukcesu. 

Mijały miesiące, a Hanka nadal zachowywała się, jak gdyby ciąży nie było. Sporo pracowała, jeździła, udzielała się. W końcu organizm nie wytrzymał i wylądowała w szpitalu. Z przykazaniem przystopowania i wyluzowania, wróciła do domu. Sama przyznała, że kiedyś myślała, że kobiety w ciąży przesadzają, że są wykończone, ale ona sama zaczęła już odczuwać rosnącą w niej istotkę.
Zbliżał się czas rozwiązania. Hanka została zakwalifikowana do cesarki, nie chciano ryzykować jej zdrowia. Na dzień przed planowanym porodem zadzwoniła do mnie. Chciała się ... pożegnać. Miałam łzy w oczach, gdy mówiła mi, że tak naprawdę teraz do niej dotarło, że jej organizm nie jest w pełni zdrowy, by móc pozwolić sobie na tak duży wysiłek. Zdała sobie sprawę z tego, że może nie przeżyć. Wydając na świat swojego syna, jej własne życie może ulecieć na zawsze.

Mżydeszcz (nie, nie dała mu tak na imię, ale rozważała ;) ) nie urodził się planowo. Urodził się kolejnego dnia, trzynastego, o 13.30. Tak sobie wybrał. Na przekór wszystkim.
Dziś jest zdrowym, pogodnym chłopcem, a jego mama ma się dobrze. Lekarze nie potrafią wytłumaczyć jak to się stało, że Hanka zaszła w ciążę, nie mają na to żadnego medycznego wytłumaczenia. Według nich nie powinna była nigdy zajść i urodzić. Ale urodziła. 
Ta historia pokazuje mi, że czasem trzeba wyjść poza ramy swojego myślenia, poza to co mówią ludzie, lekarze specjaliści, a przede wszystkim właśnie poza własne ograniczenia.
Dla mnie cud narodzin nie nastąpił, ale nastąpił inny cud. Taki, że ktoś urodził moje dzieci a ja dokładnie w tym momencie czekałam, by je zabrać do siebie.
Hanka wybrała sobie moją młodszą J. na przyszłą synową, oczywiście dzieci jeszcze o tym nie wiedzą, choć bardzo się lubią, ale kto wie? Kto wie jak ułoży się życie. Patrząc wstecz, mogłabym poukładać same zdania warunkowe, które pokazywałyby zależność między różnymi wydarzeniami w moim życiu. Bo gdybym przecież zaszła w ciążę, to wszystko ułożyłoby się zupełnie inaczej, a tak? Nie wiem, co przyniesie, ale na pewno coś dobrego. Tego się trzymam :)

poniedziałek, 18 września 2017

Gdy odchodzi dziecko. Adopcja i pogodzenie się z prawdą.

Smutno mi. Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę już zadawać w powietrze filozoficznych pytań typu Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje?
 Wiem doskonale, że na takie pytania nigdy nie uzyskuje się  odpowiedzi, ale po prostu mi smutno, a one niczym deszcz tak nagle znów pojawiają się w mojej głowie.

Spotkanie


Jakiś czas temu połączył mnie temat adopcji z pewną dziewczyną. Znałyśmy się wirtualnie, ona jeszcze przygotowująca się do całej procedury, ja już po, z dwójką dzieciaków na karku. 
Jako, że nie mieszkamy od siebie aż tak bardzo daleko, poprosiła, byśmy spotkały się i na żywo pogadały o temacie adopcji. Oczywiście się zgodziłam, choć nie powiem było to dla mnie przeżycie nie mniejsze niż randka w ciemno (tak mi się wydaje, nigdy nie byłam ;) ) Śmiałam się, że muszę chyba kupić jakąś różę, żebyśmy się rozpoznały, ale okazało się, że nie było takiej potrzeby. 
Usiadłyśmy przy stoliku w przytulnej kawiarence i zaczęłyśmy rozmawiać. Na to co mi powiedziała, nie byłam przygotowana. Miałyśmy rozmawiać o adopcji, o procedurach, testach psychologicznych, dzieciach, a okazało się, że ... była w ciąży. W sumie to ucieszyłam się, pogratulowałam jej, nie raz się przecież zdarza tak, że dziewczyny zachodzą w ciążę w trakcie procedury, bo coś odblokowuje się w psychice. Usłyszałam jednak, że nie ma się z czego cieszyć. Ciąża bowiem, raczej nie rozwija się prawidłowo. 
Siedziałyśmy w tej kawiarni dobre 4 godziny, po kawałku składałam informacje, które mi przekazywała, by w końcu dostać całą układankę tego co się wydarzyło. 

Historia jak z horroru


Młoda dziewczyna, przed 30, nie może zajść w ciążę, udaje się więc po pomoc do lekarza naprotechnologa, poleconego przez koleżankę. Nie będę ukrywać, że wiadomości na temat naprotechnologii nie posiadam wiele, ale jak dla mnie nie jest to żadna alternatywa dla IVF, jak niektórzy twierdzą. Nie mam nic przeciw tej metodzie, gdyż jak kiedyś czytałam wiele Polek nie ma pojęcia, kiedy przypadają dni płodne. I to jest w porządku. Ktoś pomaga mi wyznaczyć dni płodne, dobiera odpowiednie badania, które ewentualnie należy wykonać w przypadku braku efektów. Nie każdy decyduje się na zapłodnienie pozaustrojowe, czy nawet inseminację i to różnych powodów: finansowych, religijnych itd. , ale mam wrażenie, że ktoś w tej historii, chciał po prostu zarobić na ludzkim nieszczęściu i naiwności. Nie wiem co trzeba zrobić, by zostać naprotechlonogiem, ale ten wspomniany lekarz, który ponoć ma sporo pacjentek, jest zwykłym internistą! Nie jest nawet ginekologiem! Nie wiem, czy zrobił jakąś specjalizację, czy kurs, czort wie, ale czy to znaczy, że w zasadzie każdy lekarz jest przygotowany do tego, by robić USG, by doradzać w sprawach niepłodności, by prowadzić ciążę? Byłam zaszokowana. 

Nigdy nie będziecie mieć biologicznych dzieci.


Po dwóch bezowocnych latach starań o ciążę, "lekarz" (pozwólcie, że napiszę właśnie w ten sposób) wystawia diagnozę. Bezpłodność. 
Otwieram jeszcze szerzej oczy. Na jakiej podstawie?, pytam. Kim jest ten człowiek, że dokonuje takiej diagnozy? Dziewczyna choruje wprawdzie na tarczycę, co jak wiemy może utrudnić zajście w ciążę czy też jej donoszenie, ale mam koleżankę, która po 4 poronieniach urodziła zdrową córkę. Da się? Oczywiście, ale była przez cały okres starań pod opieką dobrego lekarza.

Bezpłodność. Tak właśnie napisał na zaświadczeniu do ośrodka. Wobec wszelkich okoliczności Małżeństwo X decyduje się bowiem na adopcję. Po dwóch spotkaniach z paniami są zadowoleni, czekają na kolejne. 

Niespodzianka


Przed kolejnym spotkaniem w ośrodku, okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży. Szok. Totalny szok. No bo jak, skąd, przecież jesteśmy bezpłodni? 
Kolejne tygodnie to piekło. Dziewczyna okazuje się być osobą bardzo wrażliwą, jedzie jeszcze raz do swojego naprotechnologa, który stwierdza, że nie ma ciałka żółtego i daje od razu skierowanie na łyżeczkowanie. Dziewczyna postanawia skontaktować się z innym lekarzem. Ten twierdzi, że ciałko jest, beta nadal rośnie. Każe czekać. Ale jak tu czekać? Jak wytrwać? Jest strzępkiem nerwów. Kolejne badanie. I znów to samo. Jest szansa, trzeba czekać. Ale to już kolejny tydzień. Żeby było już po wszystkim, żeby zacząć już normalnie żyć. Ale jak tu żyć? Z jednej strony czasem ciąża kiepsko się zaczyna, ale dobrze kończy, z drugiej jednak widać, że coś jest nie tak. Krwiak. Kolejna trauma, ale kiedy dziewczyna myśli, że to wreszcie koniec, znów każą czekać. Krwiak się wchłania, plamienia ustępują. I znów to czekanie. W końcu diagnoza. Ciąża obumarła...

Jak to przetrwać


Jest czwartek, czy piątek, nie pamiętam dokładnie. Skierowanie do szpitala. Dziwię się, że zabieg dopiero w poniedziałek. To w końcu kolejne dni z obumarłym płodem, które mogą zaważyć na jej zdrowiu. Tak bardzo boi się narkozy, boi się, że się nie obudzi. Kilkanaście smsów dziennie zapewniających, że to rutynowy zabieg, sama przez niego przechodziłam. Żeby już było po, żeby było po...

Pogodzić się z prawdą


Każdy człowiek inaczej podchodzi do sprawy poronienia. Jedni traktują to jak środek, do zdobycia celu, czyli ciąży, inni zaś czują, że odszedł człowiek. Ja też tak to czuję. Przecież każdy z nas był kiedyś zarodkiem, płodem. Gdy obumiera zarodek, ból potrafi być tak samo silny jak przy śmierci. Być może łatwiej i szybciej można się z nim pogodzić, ale nie zawsze tak jest. 

W naszym ośrodku uważano, że powinno się pogodzić ze swoją niepłodnością, niemożnością posiadania biologicznego dziecka, zanim rozpocznie się procedurę. I wiecie co? Ja się  tym zgadzam, choć wiem, że niektóre osoby nadal przechodzą np. przez zabieg IVF i jednocześnie chodzą na szkolenie do ośrodka. Jest to dla mnie zrozumiałe o tyle, że bardzo długo czeka się na zakończenie procedury adopcyjnej i ludzie ci, wolą nie tracić czasu. Nie jest ważne dla nich, czy urodzi się dziecko biologiczne, czy nie. 
W porządku, ale czy przypadkiem nie okaże się czasami, że to dziecko adoptowane jest zamiast tego co nie wyszło? Ja osobiście nie potrafiłabym skupić się procesie adopcji i pełnym jej zrozumieniu, gdybym nadal myślała o dziecku biologicznym. Przeszłam przez wszystkie etapy leczenia, nie udało się a nadal pragnęłam dziecka. Uznaliśmy więc, że chcemy adoptować. 

Teraz na pewno zajdziesz w ciążę


Ileż to razy większość z nas matek adopcyjnych to słyszała. Ja również. I nie dociera do ludzi argument, że ja już naprawdę nie mam potrzeby starania się o dziecko biologiczne. Gdy słyszę, że No tak, ale to nie to samo, to zaczyna się we mnie gotować. Czy to, że dziecko rodzę sprawia, że moja miłość będzie silniejsza? No chyba jest tu coś nie tak. Jakkolwiek by nie było, ja zamknęłam wszystkie etapy, zanim podjęliśmy decyzję. Ale co ma powiedzieć bohaterka mojej historii? Tak jak pisałam, oczywiście zdarzają się ciąże w trakcie procedury, czy też już po adopcji, sama osobiście jestem przykładem niepłodności idiopatycznej, czyli teoretycznie mogę zajść w ciążę w każdej chwili. Szok? Pewnie i by był. Ale przez te wszystkie lata, pomimo tylu starań, wykonanych badań, leczenia, nikt nigdy nie postawił mi diagnozy, że jestem bezpłodna! 

Coś tu jest nie tak


Naprotechnologia? Tak, czemu nie, jeśli ma pomagać uzyskać ciążę. Naciągacze? Nie. A takim mi się wydaje być lekarz o którym napisałam ten post. Opinie o nim jako dobrym fachowcu, podyktowane są zapewne przez osoby, które były płodne, zdrowe i dzięki określeniu tych właściwych dni, mogły zajść w ciążę. Gdyby nie on, pewnie i tak by zaszły. Nie jest to więc dla mnie żadna magia. Można oczywiście winić ludzi, że naiwnie zaufali temu lekarzowi, ale czy myślenie w ten sposób pozwoli nam poczuć się lepiej? Co z tego, że winny jest kierowca, który potrącił pieszego na przejściu, skoro to on (pieszy) leży w szpitalu? 

Adopcja


Decyzję o adopcji Małżeństwo X postanowiło odłożyć, by przemyśleć, poukładać życie od nowa. Z jednej strony jest szansa na kolejną ciążę, ale jakim kosztem? Kolejnej traumy przy poronieniu? Leczenia? Wspomagania rozrodu? Ludzie, którzy zawierzyli ślepo jednej osobie, poukładali sobie wszystko, a okazało się, że prawda wygląda inaczej. Decydując się na adopcję, muszą być pewni, że tego właśnie chcą. Nie zazdroszczę. 

Ja


Od samego początku jesteśmy w stałym kontakcie smsowym (niestety dziewczyna nie jest w stanie rozmawiać). Zaangażowałam się emocjonalnie w tę historię, a żeby ją zrozumieć, musiałam przypomnieć sobie czasy, kiedy to ja stałam w gabinecie trzymając skierowanie do szpitala. Tak się złożyło, że pojechaliśmy wtedy z mężem najpierw na jego obronę pracy licencjackiej, czekałam na korytarzu aż wyjdzie a potem udaliśmy się do szpitala, by wyczyścili ze mnie to co pozostało po naszym dziecku, naszym szczęściu. 
Dziś wiem, że naprawdę zamknęłam ten rozdział w swoim życiu, niczym przeczytaną książkę, do której po prostu nigdy już nie wróciłam. Rozmawiając z nią o lekarzach, poronieniu, staraniach, nie czuję bólu, nie czuję już tych wspomnień. Ale czuję, że wszystkie te lata starań, zostawiły jednak ślad w moim sercu, zmieniły mnie, otworzyły oczy.

Dla Ciebie, jeśli kiedyś przeczytasz


Cieszę się, że jestem tu gdzie jestem. Na tym etapie życia. Nie było łatwo, ale jestem. Mam nadzieję, że i Ty kiedyś będziesz mogła powiedzieć, że rozumiesz teraz sens tego co właśnie się dzieje. Mam nadzieję, że wybaczysz mi, że opisałam po krótce tę historię, ale niech ona będzie przestrogą i informacją dla innych ludzi pragnących dziecka. Na razie się smucisz, ale zobaczysz, przyjdzie taki dzień, że będziemy się razem cieszyć :*

sobota, 16 września 2017

Wreszcie byliśmy i my! :)

Do warszawskiego zoo wybieraliśmy się od początku wakacji. I ciągle coś nam przeszkadzało, bo albo pogoda była niesprzyjająca, albo przyjeżdżali jacyś goście, albo po prostu już mieliśmy inne plany. Poprzedni weekend, być może ostatni z tak piękną pogodą, był więc dobrym terminem, by nadrobić tę wycieczkę. 





Zwykle zaparkowanie samochodu przed zoo w dni takie jak ten, graniczy z cudem. Tak też i było tym razem, więc od razu skierowaliśmy się do miejsca, gdzie zawsze zostawiamy auto, czyli między blokami. Stamtąd wprawdzie trzeba chwilę dojść, wzdłuż zoo, ale nieco dłuższy spacerek przydał nam się po tych kilku deszczowych dniach spędzonych w domu.

Bilet do zoo zakupiliśmy przez internet i był to dobry wybór. Wprawdzie kosztowało nas to dodatkowe 6zł, ale dzięki temu uniknęliśmy stania w długiej kolejce.

Na początku niemiła niespodzianka. Główna alejka, która od jakiegoś czasu jest remontowana, nadal nie jest skończona. Większość ludzi idzie zgodnie z kierunkiem zwiedzania, czyli w prawo, my zaś udajemy się w lewo, do miśka polarnego ;)




Niedźwiedzia niestety nie ma. Dziewczynki są zawiedzione, gdyż Misiek to ulubiona maskotka J. Udajemy się więc do foczek, które swoimi występami tanecznymi w wodzie zdobywają serca moich
dziewczynek.



Oczywiście miały wrażenie, że foki przypłynęły tylko i wyłącznie do nich, więc bardzo im się to spodobało.










Ślepa uliczka. Wracamy więc do alei głównej przechodząc znów koło niedźwiedzia. Nagle słyszymy jego ryk, tak jakby się zbliżał, proszę więc męża, żebyśmy na chwilę zatrzymali się. Po chwili majestatycznie wchodzi "misio" i wita się ze zgromadzonymi ludźmi swoim głośnym rykiem. Dziewczyny są zachwycone, najchętniej weszłyby to niego uścisnąć mu łapę... 


"To taki jak stary niedźwiedź mocno śpi", kwituje E. widząc ogromnego stwora.




Oglądamy ptaki i po chwili zauważamy w oddali stragany/ stanowiska jakby z jedzeniem. Jesteśmy głodni, więc postanawiamy przyjrzeć się co dobrego mają do zaoferowania. Okazuje się, że trwa piknik. Załapujemy się na darmowe kiełbaski, które trzeba samemu upiec na ogniu, ziemniaczki, soczki, owoce i ciasteczka oraz gadżety reklamowe. 
Już wiem, że dziewczynki nadawałyby się do harcerstwa, ochoczo przystąpiły bowiem do nabijania kiełbasek na długi kij i chętnie trzymały je nad ogniem z pomocą tatusia.



Na pikniku można było również obejrzeć i dotknąć prawdziwego węża, żółwie i inne zwierzęta, oraz np.obejrzeć jaja różnych ptaków. Dziewczynki były zachwycone. Najbardziej podobał im się wąż, którego najchętniej wzięłyby do potrzymania na dłużej. 








Zeszłotygodniowa wycieczka do zoo była pierwszą w życiu J. Zwierzątka bardzo jej się podobały, w szczególności te największe jak żyrafy, słonie, nosorożec. "Popatrz", mówiła z zadziwieniem. E. nie pamięta swojej pierwszej wizyty w zoo, miała wtedy roczek i najbardziej interesowało ją uciekanie od nas ;) Widzę jak bardzo wydoroślała, jak inaczej patrzy już na świat, który teraz jest dla niej tak fascynujący, że żadne z ciekawych wydarzeń nie umknie jej uwagi. 






Lubimy warszawskie zoo, jednak z pewnością wymaga ono remontu. Dotknięte zębem czasu domy dla zwierząt i wybiegi powinny doczekać się odświeżenia. Na to potrzeba funduszy i czasu, ale widać, że coś się tam zmienia. Fajne byłoby zoo bardziej przyjazne dla dzieci, gdzie lwa można faktycznie zobaczyć z bliska,  a nie pozakrywanego ogromną ilością krzaków. Zoo może bardziej interaktywne, gdzie dzieciaki mogłyby oprócz oglądania zwierząt, pograć w jakieś edukacyjne gry, pobawić się. 










A wiecie co jest najśmieszniejsze? Zapytałam moje gwiazdeczki, które zwierzątka im się najbardziej podobały i wiecie co usłyszałam? Od jednej, że OWCE, od drugiej, że KOZY. 
Jaki z tego wniosek? Zamiast iść do zoo, lepiej znaleźć jakieś gospodarstwo :)





W Szwajcarii bardzo podobał nam się pomysł tworzenia mini zoo w parkach w dużych miastach. Hoduje się tam właśnie owieczki, kozy, świnie, króliki itp. Można za drobną opłatą (2 CHF) kupić specjalną paszę dla zwierząt i nacieszyć się ich karmieniem. Oczywiście zoo jest częścią parku, więc nie trzeba za nic płacić. Jest to atrakcja, która przyciąga całe rodziny.




Park Sauvabelin, Lozanna



Park Sauvabelin, Lozanna.




piątek, 15 września 2017

Siostrzane więzi

Już kilka razy pisałam o więzi jaka tworzy się między moimi dziećmi i pewnie nie raz powrócę jeszcze do tego ważnego tematu. Z dnia na dzień więź ta staje się inna, przybiera różne formy i kształty. Ciągle coś testujemy, ćwiczymy, dojrzewamy, zmieniamy, by było lepiej. 
Do napisania tego w sumie krótkiego posta, zainspirowała mnie sytuacja, która miała miejsce wczoraj po wyjściu z przedszkola. 

Moje małe ROBACZKI :)


Naciskając przycisk domofonu coś mi nie pasowało. Zwykle świeci się światełko, a tym razem nic. Pomyślałam, że może jest zepsuty, ale spróbowałam nacisnąć jeszcze raz, tym razem dłużej, kiedy to zobaczyłam napis "Nacisnąć KRÓTKO przycisk domofonu". Biorąc pod uwagę jakie instrukcje dostaliśmy od pani dyrektor na temat dzwonienia i stania prosto do kamery, już miałam przed oczami jej wściekłe oczy niczym byk i słowa "Przecież wyraźnie jest napisane-KRÓTKO!!" Na moje szczęście nic się nie zadziało, światełko nadal nie zapaliło się. Nagle wchodzi do pomieszczenia gburowaty facet z dwójką starszych dzieci w wieku szkolnym. Z wyczuciem słonia naciska przycisk kilka razy, rzuca jakieś słowa pod nosem, zabiera dzieci i wchodzi do szatni. Mówię więc do niego, że chyba zepsuty domofon, na co on odpowiada "Eee tam zepsuty. Światła nie ma!" No cóż, faktycznie. Z tego wszystkiego nie zauważyłam, że jest dość ciemnawo. Rozeszliśmy się więc każde do sali swojego dziecka. Swoją drogą miałam niespotykaną okazję zajrzeć i zobaczyć co robi mój aniołek. Delikatnie otworzyłam drzwi i namierzyłam uśmiechniętą E. bawiącą się przy stoliczku z jakimiś dziećmi. Wychowawczyni zauważyła mnie i po chwili wyprowadziła córkę do szatni. 
Kiedy wyszłyśmy przed budynek, stały tam dwie córki i syn gburowatego pana. Starsza dziewczyna zjeżdżała na tylnej części swojego ciała po pochylni dla wózków. Kiedy E. to zobaczyła, oczywiście też chciała spróbować. Na moją uwagę, że nie ma mowy, zdziwiła się mówiąc "A duża dziewczynka zjeżdża".  Wytłumaczyłam jej, że to, że zjeżdża, nie znaczy, że robi dobrze, poza tym ubrudzi rajtuzki, spódniczkę itd. Na szczęście argumenty do niej trafiły, ale stała chwilę i przyglądała się. Młodsza dziewczynka nagle mówi do siostry "Nie zjeżdżaj, to nie ładnie, mówiłam ci, że nie wolno" Tamta stanęła przy niej i z wściekłością odpowiedziała "Jak ja cię nie cierpię!, zostaw mnie w spokoju, co cię to obchodzi!".  W tym momencie wyszedł ojciec. Młodsza córka opowiedziała mu całą sytuację, na co on zareagował "No i co niby mam zrobić? Uwagę jej zwrócić? I tak mnie nie posłucha. A ty w ogóle co skarżysz" po czym pacnął ją ręką w głowę. Starsza córka zaśmiała się pod nosem. 
Zabrałam E. i poszłyśmy w kierunku auta. Po drodze mówi do mnie "Ale niegrzeczna ta dziewczynka mamusiu"

Wiecie co, może i nie mam jeszcze zbyt wielkiego doświadczenia w wychowywaniu rodzeństwa, ale myślę, że nie trzeba być filozofem, by wiedzieć, że wszystko zaczyna się od rodzica. Niby błaha sytuacja, ale ileż złego można z niej wyczytać. Rodzice często zastanawiają się dlaczego siostry się nie dogadują. Oczywiście, że na to wpływa wiele czynników, ale takie zachowanie jakie zaprezentował ten ojciec na pewno nie wzmacnia więzi, a wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że w rodzeństwie zawsze tak jest, że dzieci raz się kochają  a raz mówią, że nienawidzą. I szczerze mówiąc, gdyby to była rozmowa tylko między dziećmi, to może nie wzięłabym tego sobie tak do serca, ale to co powiedział ojciec śmiem twierdzić pokazuje obraz relacji między nimi. Nie znam tej rodziny, być może moje wnioski są błędne, być może przesadzam, ale znam kilku dorosłych, którzy wręcz nienawidzą swojego rodzeństwa. Ot tak. Od zawsze. A według mnie nie bierze się to znikąd.