piątek, 21 lipca 2017

Gdy choroba nie ma wsparcia-historia o małym Filipku.

Dzieci przychodzą do nas z pewnym bagażem. Pisałam ostatnio o traumach przez jakie muszą przejść zanim do nas trafią (jeśli oczywiście mają szczęście, bo jakże wiele z nich tkwi w Domach Dziecka przez wiele lat choćby przez nieuregulowaną sytuację) 
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć dwie historie. Historia główna to losy Filipka, natomiast dla kontrastu wspomnę również na końcu o pewnych bliźniakach.


Rodzice Filipka mieszkają w pewnej podwarszawskiej miejscowości uważanej od zawsze za miejsce, gdzie domy mają ludzie bogaci i wpływowi. Ukryte pośród drzew piękne, ogromne wille (bo to już nie są zwykłe domy) stały się symbolem przynależności do pewnej elity. 
Rodzice Filipka długo nie myśleli o dzieciach. Zajmowała ich raczej kariera, przyjmowanie gości, wyjazdy zagraniczne w towarzystwie znajomych. Mijały lata i część z owych przyjaciół doczekała się potomstwa, więc państwo X zaczęło czuć się trochę nieswojo słuchając historii o kupkach, ciuszkach, chorobach. Uśmiechając się i robiąc dobrą minę do złej gry, byli w pewnym stopniu wyalienowani. W pewnym momencie uznali więc, że przyszedł czas, by i oni mieli dziecko. Nie z jakieś wielkiej potrzeby serca, ale przede wszystkim po to, by móc być częścią tej grupy ludzi. Wtedy i oni będą mogli czynnie brać udział w radosnych pogawędkach na temat swoich pociech. 

Z zajściem w ciążę nie było problemu (a jakże by inaczej) i urodził się śliczny chłopczyk, któremu nadano imię Filipek. Radość z macierzyństwa nie trwała długo, Pani X szybko wróciła do pracy, oczywiście zapewniwszy wcześniej opiekę do Filipka w postaci poleconej opiekunki. Najważniejsze, że teraz należała już w pełni do swojej elity - była matką pełną gębą. 
Filipek niby rozwijał się normalnie, jednakże gdy skończył 2 latka, coś zaczęło niepokoić opiekunkę ( tak tak dobrze czytacie, nie matkę a opiekunkę) Zaczął się dziwnie zachowywać, miał ataki histerii, tak jakby lękowe. Coraz bardziej zaczął się w sobie zamykać, mieć swój świat. Matka przez długi długi czas winiła za to okres buntu dwulatka, mówiła, że na pewno przejdzie i nie miała zamiaru podejmować kroków, by sprawdzić, czy aby na pewno rozwój przebiega prawidłowo. Wszystko miało przejść, ale jakoś nie przechodziło. Zaczęła się więc zastanawiać, czy może jednak opiekunka nie ma racji. Sama spędzała z dzieckiem tak mało czasu, że nie była w stanie wychwycić żadnych anomalii rozwojowych u własnego syna. 
Gdy Filipek skończył 3 latka Państwo X zdecydowali się na wizytę u specjalisty. Okazało się, że cierpi on na autyzm. Na taką diagnozę Państwo X nie byli przygotowani. Przecież dziecko miało być przepustką do ciekawszego życia, a nie uciążliwym obowiązkiem.
Informacja o chorobie syna, nie zmieniła podejścia jego rodziców, nie skruszyła ich serc, nie wzięli oni odpowiedzialności za pomoc swojemu jedynemu dziecku. Odpowiedzialność tę zrzucili na opiekunkę, dając jej więcej pieniędzy. To ona kocha Filipka bardziej niż jego własna mama, to ona jest z nim na co dzień, kiedy ma ataki i potrzebuje wsparcia (mama zamyka go w pokoju i czeka aż się wyciszy), to ona próbuje pomóc mu radzić sobie z chorobą. Ale cóż może zrobić kobieta, która nie ma żadnej wiedzy na temat autyzmu, nie wie co jest dla dziecka dobre. To zresztą nie leży w jej gestii, przecież to nie jest jej syn. 

Jola urodziła w maju osiem lat temu upragnione bliźniaki. Radość nie trwała długo, gdyż u jednego z nich wkrótce stwierdzono wady rozwojowe. Kiedy dzieci miały 6 miesięcy, mąż uznał, że to zbyt duże dla niego obciążenie i nie jest w stanie poradzić sobie z chorym dzieckiem. Odszedł. Jola nie miała nawet czasu na załamanie, przecież dwoje dzieci miało tylko ją. Od tamtej pory zmaga się z troskami dnia codziennego w pojedynkę. Syn został w późniejszym czasie zdiagnozowany w kierunku autyzmu. Jola woziła go do specjalnego przedszkola, co pół roku wyjeżdża z nim na specjalne obozy przygotowane specjalnie dla dzieci z tą chorobą. Kosztują one nie małe pieniądze, więc Jola musi pracować, by na rehabilitację zarobić. Wie, że jest to ważne, gdyż zajęcia prowadzone są z psychologami i dzięki nim jest widoczna poprawa. Jola chciałaby poznać jakiegoś mężczyznę, z którym mogłaby dzielić swoje życie, ale musiałaby znaleźć kogoś o bardzo wielkim sercu, kto odważy się rozpocząć życie w tej wyjątkowej rodzinie. Drugie z bliźniąt, córka, jest zdrowe, uczy się bardzo dobrze i bardzo wspiera swojego brata.

Opowiedziałam Wam te dwie historię, by kolejny raz dam Wam świadectwo tego, iż problemy zdrowotne mogą pojawić się nie tylko z adoptowanym dzieckiem. Ważna jest nasza gotowość do pomocy, jeżeli taka sytuacja będzie mieć miejsce. Nie ważne, czy dziecko będzie mieć autyzm, FAS, czy też zwykłą chorobę typu grypa, nie wyobrażam sobie, by być tak obojętnym na drugiego człowieka jak rodzice Filipka. Dzieci adoptowane cierpią nie tylko z powodu różnych chorób, ale również z powodu tego co przeszły. Tylko dzięki naszej pracy, zaangażowaniu i bezgranicznej, bezwarunkowej miłości, będą w stanie wyjść na prostą.

środa, 19 lipca 2017

Mały Światek znów na szlaku!


Kontynuując naszą wyprawę "Szlakiem Orlich Gniazd", dziś zapraszamy Was do Mirowa i Bobolic.







Mirów

Zamek w Mirowie został zbudowany w czasach Kazimierza Wielkiego, około połowy XIV w., choć przypuszcza się, że już wcześniej istniały w tym miejscu drewniano-ziemne zabudowania. Początkowo warownię tworzyła kamienna strażnica podległa pod pobliski zamek w Bobolicach, która wraz z nim wchodziła w skład systemu obronnego znanego dziś jako właśnie Orle Gniazda.

Strażnicę bardzo szybko rozbudowano do rozmiarów zamku. Warownia została nadana jako lenno Władysławowi Opolczykowi przez Ludwika Węgierskiego, jednak za prowadzenie wrogiej Polsce polityki Władysław Jagiełło odebrał ją.


Zamek w Mirowie mocno ucierpiał podczas potopu szwedzkiego, kiedy zniszczono znaczną część murów. Mimo podjętych przez właścicieli prac remontowych powoli popadał w ruinę i ostatecznie został opuszczony w 1787 r. 

Warownia stała się źródłem kamiennego budulca dla okolicznych mieszkańców, co przyspieszyło jej spustoszenie.






W 2006 r. rodzina Laseckich – obecnych właścicieli zamku – rozpoczęła prace zabezpieczające mające na celu ratowanie tego zabytku. Na zlecenie przedstawicieli rodziny: senatora Jarosława W. Laseckiego i jego brata Dariusza Laseckiego rozpoczęto szereg badań, na podstawie których opracowywany był optymalny sposób zabezpieczenia ruin. Prace odbywają się pod nadzorem specjalistów.


Obecnie nie jest możliwe zwiedzanie wnętrza zamku, który ze względu na zagrożenie jakie stwarza dla turystów, musiał zostać ogrodzony. Docelowo zamek w Mirowie zostanie udostępniony dla ruchu turystycznego, planowana jest również częściowa rekonstrukcja zawalonych ścian. W zabezpieczonych i zaadaptowanych pomieszczeniach znajdzie się centrum obsługi turystycznej oraz muzeum.





Do sąsiedniego zamku w Bobolicach prowadzi czerwony szlak. Podąża on niewysokimi, słabo zarośniętymi wzgórkami, na których gdzieniegdzie wyrastają wapienne skałki. 


Bobolice

Królewski zamek w Bobolicach został zbudowany przez króla Polski Kazimierza Wielkiego.W 1370 r. ówczesny król Polski Ludwik Węgierski nadał zamek swojemu krewnemu Władysławowi Opolczykowi. Ten 9 lat później przekazał go swemu dworzaninowi Andrzejowi Schóny, który zamek przekształcił w zbójecką twierdzę. 



W czasie potopu szwedzkiego, w 1657 r., Szwedzi mocno zniszczyli zamek. W XVII i XVIII w. zamek zaczął popadać w ruinę. Gdy w 1683 r. król Jan III Sobieski w drodze do Krakowa zatrzymał się na zamku w Bobolicach, jego orszak musiał nocować w namiotach.

Pomimo prób ratowania zamku popadał on w coraz większą ruinę. W XIX w. w podziemiach zamku znaleziono skarb. Poszukiwacze skarbów dopełnili reszty zniszczenia. Po drugiej wojnie światowej mury zamku zostały częściowo rozebrane i posłużyły do budowy drogi łączącej Bobolice z Mirowem.



Pod koniec XX w., rodzina Laseckich , podjęła się wyzwania odbudowy tego zamku. W czerwcu 2011 r. relacja z odbudowy pojawiła się w światowych mediach. Oficjalne otwarcie zamku po dwunastu latach prac nastąpiło 3 września 2011 r. Z okazji otwarcia swoje listy gratulacyjne przesłali prezydent RP Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu oraz premier. Odbudowa w kształcie przybliżonym do wyglądu zamku w XVI w., została zrealizowana pomimo braku jakichkolwiek planów, szkiców czy rysunków zamku; jego kształt odtworzono na podstawie zachowanych ruin, posiłkując się wiedzą historyków i archeologów. W pracach wykorzystywano wyłącznie tradycyjne materiały (głównie kamień wapienny), opracowano też specjalną zaprawę murarską. Sama rekonstrukcja wzbudzała i nadal wzbudza kontrowersje i krytykę różnych środowisk. Obiekt jest określany jako Disneyland, kiepska atrapa zabytku, specjaliści zwracali uwagę na brak zachowanych źródeł odnośnie dawnego wyglądu.



Ruiny zamku przed rekonstrukcją











Legendy

* XV-wieczne kroniki mówią o przedstawicielu rodu Krezów, który porwał i więził w bobolickim zamku swoją bratanicę. Podobno do dziś straszy ona na murach warowni jako biała dama.

* Istnieje także legenda mówiąca o dwóch braciach bliźniakach, właścicielach zamków w Mirowie i Bobolicach. Według ludowych podań wykopali oni tunel między dwoma warowniami, aby móc częściej ze sobą rozmawiać w odosobnieniu, bez udziału świadków. Pewnego dnia weszli oni w posiadanie wielkiego skarbu – ukryli go w tunelu, a na straży postawili odrażającą czarownicę, odstraszającą swym wyglądem potencjalnych złodziei. Bracia doskonale się rozumieli i gotowi byli zrobić dla siebie wszystko. Ich przyjaźń została jednak wystawiona na ciężką próbę, gdy jeden z nich przywiózł z wyprawy wojennej piękną dziewczynę. Podejrzewając brata bliźniaka o podkochiwanie się w kobiecie, zamknął ją w podziemiach obok wspomnianego skarbu. Pewnego razu, pod nieobecność czarownicy, która wieczorami udawała się na sabat na Łysej Górze, nakrył parę kochanków w skarbcu. Rozgniewany zamordował brata, a dziewczynę zamurował w lochach zamku. Do dziś ma ona straszyć na zamkowej baszcie.

* W XIX w. w podziemiach warowni znaleziono ogromny skarb. Istnieje przypuszczenie, że jego część może znajdować się we wspomnianym w legendzie tunelu między Bobolicami a Mirowem.

Informacje praktyczne

Przy ruinach w Mirowie znajduje się zajazd, w którym można coś przekąsić. Sporym atutem jest spory, bezpłatny parking.
W Bobolicach również znajdziecie restaurację, tym razem bardziej elegancką.



Warto odwiedzić te dwa miejsca i połączyć przyjemny spacer z ociupinką historii.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Traumatyczna przeszłość naszych dzieci cz.1


Wszystkie adoptowane dzieci przeżywają pewnego rodzaju traumę, nie ważne, czy zostały rozdzielone z matką biologiczną zaraz po porodzie, czy też w późniejszym swoim życiu. Traumą bowiem, określamy każde stresujące wydarzenie, które przedłuża się, jest przytłaczające i nieprzewidywalne.

         W dzisiejszym poście, chciałabym skupić się na życiu naszych dzieci zanim do nas trafiły. Moja wiedza opiera się na wieloletnich obserwacjach, czytaniu odpowiedniej literatury oraz informacjach od innych ludzi związanych z tematem. Nie jestem psychologiem, zatem poniższy tekst należy potraktować jako przykład, który może posłużyć głębszemu rozumieniu tego, co przeżywają lub mogły przeżywać nasze dzieci. Jeżeli zauważycie jakiekolwiek niepokojące zachowanie, na pewno należy poszukać fachowej pomocy.

       Z dziećmi z traumą w zasadzie każdy z nas spotyka się na co dzień. Rozejrzawszy się wokół siebie zobaczysz chłopca pochodzącego z rodziny w której króluje alkohol, usłyszysz jak sąsiad bije żonę a dziecko jest świadkiem awantury,  dowiesz się jak mocno córka koleżanki przeżywa rozwód swoich rodziców.
Decydując się na adopcję dziecka, większość z nas ma tę świadomość, że nasze dzieci przychodzą do nas z przeszłością, o której wiemy tylko tyle, ile nam przekazano. 
Trauma niektórych z nich trwa dotąd dokąd nie poradzą sobie z nią one same, albo ciągnie się za nimi przez całe życie.

Dzieci, które nie trafiają do adopcji.

           Gdy byłam mała, moja mama pracowała w placówce, gdzie pod swoją opieką miała biologiczne rodziny zastępcze w postaci dziadków i cioć, które próbowały zastąpić dzieciom rodziców. W większości były to rodziny biedne, gdzie babcie nieudolnie przejmowały obowiązki swojego syna czy córki, którym zostały odebrane prawa rodzicielskie. Niestety ich opieka niejednokrotnie kończyła się na zapewnieniu dziecku miski ciepłej zupy, zupełnie zaś nie radzili sobie z faktycznym wychowaniem swoich wnuków. Dzieci często chodziły brudne, miały problemy z nauką, z zachowaniem, babcia i dziadek nie byli dla nich w żadnej mierze autorytetem. 
W tamtych czasach, zwykle odbierano prawa rodzicielskie ze względu na alkoholizm lub zaniedbanie (np.gdy matka zostawiała dziecko i wyjeżdżała gdzieś w Polskę) Dzieci były bite, zostawiane same w domu, były świadkami libacji alkoholowych w których niejednokrotnie musiały uczestniczyć, były zamykane same w komórkach, by nie przeszkadzały dorosłym. To tylko kilka z przykładów tego, co musiały przeżyć, podczas gdy ich rówieśnicy mogli bawić się na placu zabaw.

Spotkałam również Maćka i Agnieszkę, rodzeństwo, które uprosiło swoją babcię, by oficjalnie przyjęła ich do siebie, ale tak naprawdę to wychowywali sami siebie nawzajem. Maciek był starszy, opiekował się więc swoją siostrą, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jeśli oni sami nie podołają poukładać swojego życia. Jakże szczęśliwy był, kiedy to udało mu się zdać maturę. Po ukończeniu pełnoletności, mógł zamieszkać sam, starał się o oficjalną opiekę nad siostrą. Rodzeństwo to mogło zacząć pić tak jak ich rodzice, ale byli na tyle silni, na tyle ze sobą związani i zmotywowani, że postanowili zmienić swój los, swoje przeznaczenie.

Mama mojej koleżanki z bloku, miała dzieci średnio co dwa lata. W którymś momencie Kaśka zajmowała się Magdą, Magda Martą a potem urodził się jeszcze Pawełek. Najstarszy brat i drugi ciut młodszy, oboje siedzieli już w tym czasie w więzieniu. Mamusia sprowadzała do domu "przyjaciół", którzy wraz z nimi imprezowali w jednym z dwóch blokowych pokoików. Bóg jeden raczy wiedzieć co działo się za zamkniętymi drzwiami.

Rodzice Kasi byli uważani za zgodne małżeństwo. Zamożni, prowadzący własną firmę ludzie, nagle rozstają się. Poukładany świat dziewczyny, która zaledwie miesiąc temu zaczęła liceum, legnie w gruzach. Co gorsza, za jakiś czas, mama wychodzi za mąż za brata swojego ex-męża. Czy to wszystko było ukartowane? Czy romans trwał już od jakiegoś czasu, a ona o tym nie wiedziała, czy po prostu zaczęło się coś wtedy, gdy mama już była wolna? Tego nie dowie się nigdy. Pytania zawsze zostawały bez odpowiedzi. Rodzice tłumacząc się ciężkim okresem w swoim życiu zapomnieli, że życie ich dziecka w tym momencie również przestało być takie samo. Kasia wyjechała z miasta.

Ja dorosłam, osoby opisane wyżej lepiej lub gorzej poradziły sobie z piętnem swojego dzieciństwa, jednak pojawiły się nowe dzieci z traumą. Czasy być może się zmieniły, koszmar dzieci w niektórych rodzinach nadal trwa.

Jest Julka, której mama celowo zaszła w ciążę, by zatrzymać przy sobie jej ojca, a gdy po kilku latach i tak postanowił ją zostawić, wykorzystała ją do walki z nim jak jakiś przedmiot.

Jest Weronika, której mama poznała nowego "tatusia" i przestała się nią interesować.

Jest Basia, której mama nie jest ani pijaczką, ani narkomanką, ale ma wobec niej chore ambicje, by dziewczynka osiągnęła wszystko to czego ona nie mogła. Jeździ na koniu, chodzi na zajęcia z angielskiego, niemieckiego, francuskiego, pływa, tańczy, chodzi na karate. Mama nigdy nie jest do końca zadowolona.

I mamy też przykład Krzysia, który jest słabym uczniem i marnym sportowcem a co za tym idzie pośmiewiskiem całej klasy. Często jest smutny.


Dzieci, które trafiają do adopcji krótko po urodzeniu.

Idąc na pierwsze spotkanie do ośrodka, któż z nas nie marzył o przysposobieniu niemowlęcia. Większość z kandydatów chciałaby przejść wszystkie etapy rodzicielstwa od pieluszek po obowiązek szkolny. Marzymy o tym, by być dla dziecka tą jedyną rodziną, którą będzie pamiętać. Myśląc zatem o traumie, myślimy, że nas nie będzie to dotyczyć. Część ośrodków praktykuje tzw. preadopcję, czyli niemowlę trafia do swojej rodziny w zasadzie w ekspresowym tempie. Jak to więc możliwe, że przebywając w kochającym środowisku, dziecko przejawia oznaki traumy?

Matki biologiczne podchodzą do ciąży w różnoraki sposób. Pisałam o nich w poście O matkach biologicznychPomimo tego, iż dziecko trafi do nas zaraz po porodzie, musi jeszcze przejść przez okres prenatalny. Większość z nas niewiele wie o tym, co naprawdę działo się przez ten okres 9 miesięcy. Mamy informację, że matka piła lub nie, być może była uzależniona od narkotyków. Płód może więc odczuwać nienawiść ze strony matki biologicznej lub ogromny stres, związany z niemożnością zaopiekowania się swoim dzieckiem i decyzją o oddaniu go do adopcji (dotyczy oczywiście tych kobiet, które np.oddają swoje dzieci z powodów ekonomicznych)
To, że dzieci odczuwają wszystko, przekonałam się na przykładzie mojej znajomej Basi, która będąc w ciąży była poddana tak silnemu stresowi, że dziecko urodziło się z nerwicą. 



Dzieci adoptowane w późniejszym wieku


Trauma u dzieci adoptowanych w późniejszym wieku przyjmuje formę nawracających lęków, związanych z długotrwałym stresem. Wchodząc w nową rodzinę, czują się niepewne i nieufne. Ich koszmar skończył się tylko pozornie, bowiem jeszcze przez wiele lat będzie wracać do nich coś, co nazywa się ponownym doświadczaniem. Może być to zwykła sytuacja, która przypomni dziecku coś, co wywoływało lęk i sprawi, że uruchomią się u niego te same mechanizmy obronne, które działały wcześniej.
Jako przykład podam tu historię pewnej dziewczynki, adoptowanej jako pięciolatka, która w swoim domu rodzinnym często chowała się pod stół, który funkcjonował jako jej azyl przed rodzicami. Ten sam schemat powtarzała w swojej rodzinie adopcyjnej (mimo, iż teoretycznie jej koszmar się skończył) oraz w przedszkolu (gdy np.nie radziła sobie z jakąś sytuacją) W domu mama pracuje z nią, by takie zachowania wyeliminować, natomiast w przedszkolu mogą one przejść w zasadzie niezauważone (nie jest to dziwne, że dziecko w wieku przedszkolnym wchodzi pod stół) 

Nauczyciele i nawet rodzice, mogą nie zauważyć pewnych zachowań, które świadczą o tym, że dziecko jest ofiarą traumy. 

Część z nich będzie z powodzeniem strzegła traumatycznych wspomnień i śladów przeszłości. Ponowne doświadczanie jest znakiem, że dziecko aktywnie próbuje poradzić sobie z traumatycznym przeżyciem. Sytuacje, które powodują uruchomienie tego mechanizmu, często są przypadkowe, zupełnie nieplanowane i nieświadome.

Zabranie dziecka ze środowiska powodującego traumę, nie usuwa niestety wszystkich wspomnień. 


              W tym poście przedstawiłam tylko kilka sytuacji, w których dzieci z różnych powodów nie miały, czy też nadal nie mają normalnego dzieciństwa. Nasze dzieci przychodzą do nas z bagażem, w którym spakowana jest przeszłość ich i ich rodziców biologicznych. Paradoksalnie można powiedzieć, że część z nich ma szczęście, bo adopcja i kochająca rodzina daje im szansę na zbudowanie od nowa swojego życia. Niczym ogromne puzzle muszą one ułożyć nowy obraz, który mimo, iż będzie się składał z wielu części, to powstanie z niego coś, co będzie tworzyło logiczną całość.

Dzieci przeżywają różne rodzaje traumy, do końca nigdy nie będziemy wiedzieć co tak naprawdę przeżyły. Wiedzą to tylko one, a nie koniecznie będą chciały nam wszystko powiedzieć.  To jak sobie z nią radzą, zależy od wielu czynników, na pewno trzeba zagłębić się w temat, by w pełni zrozumieć, jak pomóc naszym dzieciom. Jak twierdzą psychologowie, musi minąć wiele czasu (jak wspominałam kiedyś co najmniej tyle, ile dziecko było bez nas), by poradziły sobie z urazami z przeszłości. 
Niektóre z nich nigdy w pełni nie dojdą do siebie, każdy z nas przecież zna dorosłych, którzy kroczą przez życie ze złamanym sercem i poranioną duszą.
Osierocenie, czy to przy porodzie, czy też w starszym wieku, zostawia na psychice ślad. Być może na zawsze.



Trauma u dziecka jest szczególna, ponieważ dotyka je na najbardziej czułym i krytycznym etapie życia, kiedy to dokonuje się jego psychiczny rozwój. Rozpoznanie i uznanie problemu jest tu kluczowe, by mu pomóc.

wtorek, 11 lipca 2017

Niegrzeczny? Bo adoptowany!

Czy czytając jakiegoś bloga zastanawialiście się kiedyś, kto siedzi po drugiej stronie monitora? Kim jest tak naprawdę ta osoba, której posty czytam. Czy jest wysoka? Szczupła? Sympatyczna? Załóżmy, że nie ma nigdzie jej zdjęć, więc ocena wyglądu jest tu niemożliwa. Co możemy powiedzieć o tym jaki ktoś jest na podstawie tego jak i co pisze (zakładając, że nie udaje oczywiście)? Każdy na pewno ma jakieś wyobrażenie tego kogoś. Wyobrażenie, które niekoniecznie jest prawdziwe. Na potrzeby tego posta, zdradzę Wam jeden szczegół z mojego wyglądu, bowiem sama jestem przykładem tego, jak pewne cechy czy informacje mogą ukształtować opinię o nas i nierzadko  wyrządzić nam krzywdę.

A więc uwaga! Na mojej buzi, oprócz uśmiechu, znajdziecie mnóstwo piegów (zwłaszcza latem) I choć czasem chciałabym wtopić się w tłum, niestety zawsze się wyróżniam. Moja mama dobrze wiedziała, że świat dzieci potrafi być okrutny. Od samego początku więc, przygotowywała mnie do akceptacji mojego bądź co bądź innego wyglądu. I wiecie co? Pomogło! Nigdy nie miałam problemu z moimi piegami, a to za sprawą "Biedroneczki są w kropeczki", które codziennie mi śpiewała. Nigdy nie pomyślałam o piegach jako coś złego czy dziwnego, podobały mi się, bo były częścią mnie. Kształtowanie poczucia własnej wartości, miało tu kluczowe znaczenie. Bo nawet, jeśli było mi przykro, gdy ktoś powiedział coś nie tak, to nigdy nie czułam się gorsza jako osoba. 

Kiedy dziecko jest małe, nie chce się wyróżniać, pragnie być takie samo jak inne dzieci, mieć takie same zabawki, oglądać takie same filmy. Dopiero gdy dziecko dorasta, kształtuje się w nim potrzeba indywidualności, czegoś co by go identyfikowało. Ale często taka indywidualność jest postrzegana jako dziwactwo. No bo czy zbieranie znaczków w naszych czasach jest popularne? Pewnie nie, więc i taka osoba do popularnych należeć nie będzie. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.

Z drugiej strony, jeżeli dziewczyna pozna chłopaka z południa Europy, oh, koleżanki będą zazdrościć. Bo przecież jak nic jest przystojny, zabawny, romantyczny i jest najlepszym kochankiem na świecie. No cóż, jeszcze go nie widziały, ale to południowiec, więc tak być musi. 

Przyklejanie etykiety jest chyba charakterystyczną cechą człowieka. Szufladkujemy nie tylko osoby nowo poznane, ale  również naszych przyjaciół. 
Niegrzeczny? Bo adoptowany! Od zawsze słyszałam od starszych, że z dzieci z domu dziecka nic dobrego nie wyrośnie. Najpierw tysiące epitetów w kierunku rodziców biologicznych (no bo jak z matki pijaczki może wyrosnąć porządny obywatel) kończywszy na samych dzieciach. 
Ja osobiście jak wiecie otwarcie mówię o tym, że jestem mamą adopcyjną, ale nie wszędzie. Póki tylko nie jest to konieczne, chcę uniknąć takiego właśnie przyklejania etykiety na moich dzieciach.
Bo skąd ktoś może być aż takim ekspertem, żeby dać mi gwarancję, że zachowanie mojego dziecka wynika z tego, że zostało adoptowane (czyli np. zaczęły wychodzić jakieś deficyty) a nie ze zwykłego jego rozwoju.
Przykład? Któregoś dnia, musiałam w żłobku podpisać uwagę, gdyż E. popchnęła i ugryzła słabsze dziecko. Wychowawczyni wprawdzie tłumaczyła, że "to normalne", ale potem zasugerowała, że można wprowadzać jakąś tam metodę zajmującą się eliminowaniem agresji u dzieci. Agresji? O co chodzi? 
Po jakimś czasie to E. została ugryziona przez kolegę, który wydaje się być bardzo spokojnym chłopcem. I tak to działa u dzieci w wieku, w którym dopiero uczą się one swoich emocji, panowania nad nimi, odróżniania dobra od zła. 
W żłobku nikt nie wiedział, że dziewczynki są adoptowane. Nie wiem, czy gdyby byli tego świadomi, nie słyszałabym ciągle, że trzeba być ostrożnym, przeciwdziałać, bo nie wiadomo skąd te dzieci pochodzą itd. 
Czujność rodzica? Tak. Etykietka? Nie. Nie pozwolę, żeby kiedykolwiek ktoś zarzucił moim dzieciom jakieś zachowanie tylko dlatego, że są adoptowane. Dzieci biologiczne też zachowują się różnie. Są mądre i są też takie, które są mało zdolne, są posłuszne i są niegrzeczne. 

Na szkoleniu w ośrodku, dowiedzieliśmy się, że dzieci adoptowane ZAWSZE mają zaniżone poczucie wartości. Ważne jest więc, żeby od pierwszych chwil razem (czy adoptujemy niemowlę, czy starsze dziecko) dać im poczucie, że niczym się nie różnią od rówieśników.

Marka ojciec pije, więc i on pewnie skończy jako alkoholik.
Czarek jest informatykiem, jak nic jest nudziarzem.
Olga pracuje jako asystentka prezesa, na pewno więc z nim sypia, inaczej nie dostałaby tej pracy.

Ludzie zawsze będą szufladkować innych. Taka jest chyba ich natura. To prawda, stereotypy na pewno nie biorą się znikąd. Ale generalizowanie potrafi boleć. Pewnie są i adoptowane dzieci, które skończyły pod przysłowiową budką z piwem, ale czy etykietka "adoptowany" oznacza, że to dziecko nie ma już szans na dobrą przyszłość?  To nie piegi (lub ich brak) czynią z kogoś dobrego lub złego człowieka. To nie biologia sprawia, że wychowujemy Einsteina czy pracownika fizycznego. 

Staram się każdego dnia, by tak jak moje piegi, adopcja nie sprawiała, że moje dzieci będę czuć się gorszymi ludźmi.

sobota, 8 lipca 2017

Wartości w życiu rodziny - książka o rozwijaniu wrażliwości

Chciałabym przedstawić Wam dziś wyjątkową książkę, którą polecam również jako prezent np.na Chrzest dziecka. Znajdziecie tu podpowiedzi jak w naturalny sposób wpajać dzieciom najważniejsze wartości. Różne propozycje aktywności dla całej rodziny, poprzedzone są cytatem biblijnym i krótką refleksją. 
Książka jest raczej przeznaczona dla starszych dzieci i ich rodziców, ale myślę, że można wybrać niektóre elementy już dla malucha, który dopiero uczy się nazywać to co czuje i rozumieć, co czują inni. 









Udało nam się również dokupić kilka brakujących książeczek o Zuzi z serii Mądra Mysz. Dziewczynki bardzo je lubią, starsza identyfikuje się z bohaterką, nie rzadko jest dla niej wzorem zachowań (np. Zuzia nie korzysta z pomocy nieznajomego)

Dla tych, którzy serii tej nie znają, poniżej kilka zdjęć. Szczerze polecam!


 "Zuzia na plaży"






"Zuzia jedzie na piknik"


"Zuzia jest chora"