czwartek, 16 listopada 2017

Kto ma owce ten ma co chce!

Kiedy rozpoczęłam pracę w szkole, na półkach pojawiły się pierwsze produkty firmy NICI. Upatrzyłam więc sobie śliczny kubeczek z owieczkami i postanowiłam, że kupię go za pierwszą swoją pensję. Tak też się stało. Kubeczek mam do tej pory, i choć widać, że jest już nadgryziony zębem i to nie tylko czasu, moja miłość do owieczek trwa do dziś. 

Mój mąż również przejął ode mnie to uczucie, więc owieczki towarzyszą nam od samego początku naszego związku. Jeździły z nami zawsze na każde wakacje, wspinały się na szczyty gór, pocieszały, gdy wypłakiwałam im się w futerko. 


Owca w Szwajcarii :)

Kiedy E. skończyła 3 miesiące, dostała od moich rodziców swoją własną owieczkę. Jeszcze przez długi czas nie interesowała się nią, ale bacznie przyglądała się szarej, włochatej postaci posadzonej obok niej. W pewnym momencie owieczka została zauważona i została najukochańszą przyjaciółką mojej starszej córki.
 E. przytulała ją jak była smutna, oglądała razem z nią bajeczki, rozmawiała z nią, a owca pomogła swojej właścicielce w adaptacji w żłobku, gdzie po paru miesiącach każdy pracownik znał już jej imię. Kiedy pewnego dnia zaginęła, cały żłobek stanął na głowie, by ją odnaleźć. Owieczka przeszła już dwie operacje, po tym, gdy straciła kręgi szyjne i nie mogła dalej trzymać prosto swojej głowy. Z pomocą przyszła babcia, która zakupiła nowe wnętrzności i uratowała prawidłową owczą postawę. Nadal jest ważną częścią naszego życia (tzn owieczka, nie babcia. A nie, czekajcie, babcia oczywiście, też, jejku jakie to skomplikowane wszystko)


J. nigdy nie miała ulubionej przytulanki. Część z was już wie, że moja młodsza córka ciumkała się na czym popadnie, byle tylko było milutkie. Przez ciumkanie rozumiem ssanie kciuka, które zaczęło się, gdy była jeszcze niemowlęciem. Smoczka nie chciała, a ja głupia, niedoświadczona matka nie pomyślałam wtedy, że oduczyć ją ssania będzie o niebo trudniej niż pozbyć się smoczka. Przecież nie odetnę dziecku palca...
J. ciumkała się na kocyku, na dywanie, na miśku, swojej koszulce, dosłownie na WSZYSTKIM. Przebojem jednak pozostanie dla mnie akcja w samochodzie, kiedy to 1.5 roczna wtedy J. przypięta pasami w foteliku próbowała opuszkiem palca dostać do futerka w swoim buciku, by "podłączyć się" do czegoś miękkiego. Dla niej ciumkanie to cały rytuał. Najpierw końcówkami paluszków jednej ręki gładzi coś miękkiego, potem kciuk drugiej ręki ląduje w buzi. Jest ogólnie dzieckiem niesamowicie wrażliwym na dotyk, śmieje się do łeż, gdy choćby tylko dostanie całuska w szyjkę.

Kiedy J. skończyła dwa latka, postanowiliśmy skończyć z ciumkaniem. Ja jako dziecko dość długo ssałam smoczek. Jako 3latka wylądowałam już u dentysty z popsutym zębem i mimo, że nie jestem pewna, czy to z powodu smoczka (bo i higiena pewnie nie była tak rozwinięta jak dziś, może genetycznie słabe ząbki miałam) to wolę nie ryzykować. Do tego paluszek zaczął przybierać dziwne kształty. Najgorsze, że w dzień dało się jeszcze jakoś to kontrolować, ale w nocy? Słyszałam o dzieciach, które miały już tak głęboko zakorzeniony nawyk, że ssały palca póki nie poszły do szkoły!

Walka z ciumkaniem trwa. Gdy podjeżdżamy pod przedszkole, J. zawsze czeka w samochodzie i obiecuje "Nie będę się ciumkać" Oczywiście, gdy wychodzę po 3 minutach, to palec ma w buzi i uśmiecha się, więc chyba robi to specjalnie, by mnie wnerwić.
Gdy obudziłam się dziś rano, męża już nie było. Jedna gwiazda leżała w poprzek a druga obok. Gdy J. usłyszała budzik, podniosła się i pyta: "Wstajemy?" Kiedy odpowiedziałam, że tak, wyznała szczerze "Ciumkałam się na kołderce" Ale ogólnie jest dużo lepiej. Niestety musieliśmy na początku pochować wszystkie pluszaki, ale pomalutku wracają do łask z przykazaniem "NIE CIUMKAMY NIKOGO"

Owca zwiedza Paryż w plecaku :)

Owca w drodze :)


Nasza rodzina owieczek jest spora, ale muszę wam powiedzieć, że dziewczyny nie ruszają tych "naszych" Mówią, że to owieczki mamusi i tatusia. E. potrafi przynieść mi największą i mówi, że przyniosła mi owcę, żebym sobie trochę poprzytulała ;)
Jeżeli też kochacie owieczki, i jeszcze nie czytaliście, to polecam wam dwie książki z owcami w roli głównej! 








No i pamiętajcie, że KTO MA OWCE TEN MA CO CHCE ;)

wtorek, 14 listopada 2017

Nieudane adopcje


Dlaczego pragniecie adoptować dziecko? To jedno z pierwszych pytań jakie słyszą kandydaci na rozmowie wstępnej z pracownikiem ośrodka. Myślę, że większość z nas ma już przygotowaną odpowiedź, to pytanie nie jest dla nikogo absolutnym zaskoczeniem. 
Dziś wracam do rozmowy z panią z mojego ośrodka. Nie ukrywam, że pewne rzeczy, których się dowiedziałam zaskoczyły mnie. O choćby to, że kilkanaście lat temu nie było żadnych szkoleń na rodziców adopcyjnych, były tylko rozmowy z parą, które dotyczyły samej adopcji oraz problemów z jakimi mogą się spotkać przyszli rodzice. Mówiło się o jawności adopcji, choć wiemy, że to zagadnienie akurat wyglądało troszkę inaczej jeszcze dekadę czy dwie temu.
Najbardziej zaszokowała mnie jednak informacja o coraz większej liczbie rozwiązanych adopcji i to nie w moim ośrodku, ale w całej Polsce. Zapytana o przyczynę takiej sytuacji, pani odpowiedziała mi, że problem tkwi w niewłaściwej motywacji do adopcji dziecka. Dokładnie to, o co pytają nas na samym początku, okazuje się być najważniejszym czynnikiem powodzenia naszego rodzicielstwa. Po przysposobieniu przecież, dziecko nabiera takich samych praw jak dziecko biologiczne, urodzone w tej rodzinie. 
Pani z ośrodka, jako wieloletni pracownik tejże placówki, uważa, że nie da się całkowicie prześwietlić człowieka, by mieć stuprocentową pewność, że sobie poradzi, że podjął właściwą decyzję i zdaje sobie sprawę z jej konsekwencji. Każdy ośrodek jednak, oprócz testów, ocenia kandydata według własnych odczuć, doświadczenia w tej kwestii oraz analizy tego, co przekazują małżonkowie.
Autentyczny przykład z jednego z ośrodków w Polsce. Małżeństwo  zdecydowało się na adopcję, ponieważ dostali "objawienia" w kościele, że są wyznaczeni do heroicznego czynu w postaci pomocy dziecku osieroconemu. Zgłaszają się do ośrodka katolickiego, który taką motywację uznaje za właściwą, państwo X przyjmują dziecko i ... no właśnie. Okazuje się, że bycie "Matką Teresą" nie jest takie proste. Decydują się na rozwiązanie adopcji.

To tylko jeden przykład nieodpowiedniej motywacji do przysposobienia dziecka, a ile jest takich osób, które przychodząc do ośrodka mówią jedno a myślą drugie? 
Największą liczbę nieudanych adopcji (i nie mówimy tu tylko o tych rozwiązanych, ale tych, gdzie nie stworzona została nowa rodzina) stanowią ludzie z wyższym wykształceniem. Jesteście zdziwieni? Zapytacie dlaczego? Im wyższy status społeczny, tym większe oczekiwania wobec dziecka. Tatuś jest lekarzem czy prawnikiem, więc automatycznie i od dziecka oczekuje się więcej niż bycia pracownikiem fizycznym. Rodzice mniej wykształceni, nieposiadający biologicznego potomstwa, pragną po prostu dziecka. Jeżeli dziecku adoptowanemu stawia się zbyt duże wymagania, nie jest ono w stanie poradzić sobie ani z nimi, ani z bagażem w postaci wcześniejszych przeżyć. Nadmiar tego wszystkiego może doprowadzić do tragedii.

Najgorsze jest to, że problem zbyt wysoko postawionej poprzeczki nie dotyczy tylko rodzin adopcyjnych, ale również biologicznych. Rozejrzycie się dookoła. Założę się, że znajdziecie takie osoby, gdzie dziecko chciało być "panem Zenkiem mechanikiem" a zostało mecenasem, tylko dlatego, żeby zadowolić swoich rodziców.
Podsumowując, na pytanie: Dlaczego tak naprawdę chcę adoptować dziecko, każdy kandydat powinien sobie bardzo szczerze odpowiedzieć. Nie ma się co oszukiwać, większość z nas robi to też dla siebie, dla spełnienia swoich marzeń o potomstwie, o rodzicielstwie, ale dziecko nie może być naszą zachcianką, czy też drogą do świętości. 
Na koniec polecam wam post Ahaji, http://tatamara.blog.pl/2017/11/10/akcja-oliwia-a-kto-mamy-slucha-ma-zwezenie-ucha/ , która wprawdzie jest mamą biologiczną i to trójeczki :), ale dokładnie pisała o tym co ja chciałabym przekazać. Kochajmy nasze dzieci za to, że są. Cieszmy się ich obecnością, doceniajmy każdą chwilę spędzoną z nimi, bo jest na wagę złota. A czy będą w przyszłości hydraulikiem Kazikiem, czy znanym chirurgiem, to zawsze, ale to zawsze bądźmy z nich dumni, jeżeli wykonują swoją pracę dobrze. 

P.S. Jak wiecie nie mam w zwyczaju pouczać innych rodziców, ale tym razem wybaczcie, nie miałam nic złego na myśli ;) 

poniedziałek, 13 listopada 2017

W Krainie Lodu, czyli wygrana na loterii i Disney on Ice

Kiedy byłam chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej, rodzice grali w totolotka, więc i ja czasem skreślałam swoje numery (nie było wtedy jeszcze czegoś takiego jak "na chybił trafił") Zwykle oczywiście nic nie wygrywałam, ale ... pewnego dnia bingo! Miałam trafione 4 z 5 cyferek! (To chyba nazywał się wtedy Mały Totolotek) Niestety okazało się, że takich jak ja było wielu i fortuny nie zbiliśmy, ale wygrana to wygrana. Z tym, że wiecie co? Nie mam pojęcia co się z nią stało. Oczywiście moja mama do tej pory twierdzi, że nie wie na co wydali te pieniądze, ale kto by jej tam wierzył ;) Tak czy siak, moja dobra passa trwała. Za jakiś czas, znów trafiłam 4! Tym razem wygrana była większa (choć też nie na tyle, żeby sobie kupić auto, czy dom), a ja postanowiłam przypilnować tego co jawnie mi się należało za skreślenie właściwych liczb. Ponieważ wygrana była powyżej jakiejś tam sumy (było to jeszcze przed denominacją) to musieliśmy zgłosić się do oddziału głównego (mniejsze wygrane mogły być odbierane w lokalnych punktach) W głowie już układałam sobie listę rzeczy, która była mi niezbędna do życia, a teraz gdy na horyzoncie pojawiła się gotówka, miałam nadzieję na spełnienie większości moich zachcianek. Jak się ta historia zakończyła? A no cóż, jedyną nagrodą jaką wtedy dostałam za wytypowanie wygrywających liczb było zabranie mnie na lody do Hortexu... Dobre i to pomyślałam i zażyczyłam sobie najbardziej wypasioną porcję z bitą śmietaną i owocami. Rodzice nie mogli odmówić, więc zjadłam co moje, a na "deser" zażyczyłam sobie gorącą czekoladę (dla wyrównania temperatury posiłku) Ptaszki ćwierkają, że  reszta kasy poszła na życie, jak to się potocznie mówi, ale gdybym miała ten rozum co teraz, to pewnie przetrzepałabym zawartość szafy mojej mamy i sprawdziła, czy przypadkiem nie pojawiły się tam jakieś nowe ubrania... A niech to!

Jeden z wrześniowych wieczorów. Zostaję oddelegowana do położenia dziewczynek spać, gdyż mąż jedzie do banku znajdującego się w jednym z Centrów Handlowych. Na miejscu okazuje się, że placówka nieczynna, w pośpiechu nie wziął karty, więc nie może skorzystać z wpłatomatu. Puka się w głowę i zły na siebie wraca do domu. Koniecznie musi tę sprawę dziś załatwić, więc zabiera kartę i wraca do miejsca przeznaczenia. Tym razem wszystko udaje się załatwić bez problemu, pieniądze wpłacone, można wracać na kolację. W pewnym momencie, jego uwagę przykuwa punkt Lotto. Hmm, przyznaję, że zdarza nam się, choć niezbyt często, kupować zdrapkę za jakieś 2zł, a ostatnio wciągnęliśmy w hazard dziewczyny pozwalając im zdrapać słonie na takiej za 1zł. Jak potem Pan Mąż relacjonował, coś mu podpowiadało, żeby za kilka złotych, które miał w kieszeni coś kupić, żeby odwrócić pecha, jakiego miał z jeżdżeniem do tego banku. Pani zamykała już stoisko, ale udało się. Za wszystko co miał, kupił więc jedną zdrapkę za 2zł oraz jedną za 1zł . Ze słonikami były dwie. Jak potem okazało się, wybrał tę dobrą :)

Następnego dnia, E. zdrapywała łyżeczką kartkę i nagle słyszymy "Mam słonika!" Nie podskoczyłam do góry, myślałam, że wygrała może 1zł, ale sama zdrapując pole z kwotą wygranej mało nie zemdlałam, gdy zobaczyłam widniejącą sumę 1.000zł! Cóż, za taką kwotę może też samochodu nie kupimy, ani nie pojedziemy na wypasione wakacje, ale zamienić złotówkę na tysiaka to już jest coś! Dziewczyny obie cieszyły się z wygranej, w zasadzie najbardziej z tego, że szukały słonika i go znalazły, a my obiecaliśmy im nagrodę. Za pieniądze ze zdrapki kupiliśmy im bilety na rewię Disney On Ice, a reszta... co cóż, żeby tradycja została podtrzymana, to co zostało poszło na życie, czyli rachunki, zakupy...

Disneyowska rewia na lodzie odbyła się wczoraj. Muszę wam powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji. Przedstawienie było przygotowane profesjonalnie, dialogi oryginalne, przepiękna scenografia. Najlepiej jednak jeżeli dziecko zna wszystkie bajki (w tym roku było to Toy Story, Mała Syrenka, Auta oraz Kraina Lodu) Jak dla mnie to ok.40 minut poświęcone na Toy Story to było za dużo, zwłaszcza dla moich dziewczyn, które tej bajki akurat nie znają. Po 15 minutach J. pytała, czy już idziemy :) Nie zabrakło oczywiście klasycznych postaci takich jak Myszka Mini i Miki, które prowadziły całe show, więc ogólnie wytrzymała całe 2h (z 15-minutową przerwą) Były jednak momenty, w których J. przestraszyła się np. gdy było ciemno, muzyka dość głośna i wchodzą żołnierze. 


Toy Story





Toy Story




Toy Story


Mała Syrenka



Ken i Barbie, którzy swoje role mieli dość rozbudowane, zostali uznani przez E. za .... mamę i tatę. Ona chyba już tak ma, że kobietę kojarzy z matką, a mężczyznę z ojcem. Cóż, znając te postacie pewnie nie prędko zdecydują się na rodzicielstwo, choć powiem szczerze, to mógłby być hicior - ciężarna lalka Barbie. Kolejne wydanie - Barbie super mama. Co sądzicie? 


Miki, Mini i inni

Auta

Auta


Kraina Lodu





Kraina Lodu



Kraina Lodu



Najgorsze z tego wszystkiego były oczywiście ceny różnych oryginalnych Disneyowskich pamiątek i zabawek. E. upatrzyła sobie watę cukrową za jedyne ... 35zł. Wprawdzie do tego była czapeczka w kształcie bałwana Olafa, ale perspektywa wydania 70zł na takie coś (oczywiście trzeba byłoby kupić 2 sztuki) była przerażająca. Mieliśmy wrażenie, że ceny mają stałe, przeliczają jedynie na inną walutę. Niecałe Euro za watę jest ok, ale 35zł? Sprzedawcy mówili po angielsku, więc domyślam się, że oni też z krainy Disneya, łącznie ze swoimi bajkowymi cenami. Jedyne na co się skusiliśmy to hot dogi, gdyż oczywiście dziewczyny zrobiły się głodne. To akurat było wkalkulowane w ten wypad. Jedna sztuka z 10zł, żebyście nie myśleli, że tu ceny były normalne...
Po chwili E. dopadła maleńki soczek, nie powiem za ile, żebyście nie spadli z krzesła, ale tu na szczęście mieliśmy swoje picie. Moja negatywna odpowiedź na prośbę zakupienia tegoż soczku spotkała się z wielką rozpaczą i łzami ze strony mojej starszej córki. Wzięłam ją więc na bok i wyjaśniłam, że mamy swoje picie, a wszystkie rzeczy jakie tam sprzedają są strasznie drogie, a my nie mamy aż tyle pieniążków. Łzy spływały jej po buzi, ale po chwili stwierdziła "Dobrze, to ja wezmę tylko hot- doga" 


Pamiątki i zabawki




















To chyba było takie nasze pierwsze wielkie zderzenie z tym, że świat oferuje tyle wspaniałych rzeczy, a nie wszystko można mieć. Może pomyślicie, że jestem sknerą, że żałuję dziecku zabawki, w końcu ze zdrapki było tysiąc złotych, ale szczerze mówiąc ja nie lubię wydawać pieniędzy tam, gdzie nie muszę. Obiecałam dziewczynkom, że napiszemy do Mikołaja w liście, co podobało im się na tych straganach, może coś z listy Mikołaj przyniesie pod choinkę. Nie było krzyku, nie było płaczu, czy wymuszania. E. na ile potrafiła zrozumiała sytuację, potem opowiadała babci, ile to fajnych rzeczy było, ale my nie mieliśmy pieniążków, żeby to wszystko kupić. 
Na pewno coś fajnego znajdzie się pod choinką w tym roku. Większość z tych rzeczy można przecież kupić w innych sklepach i to za rozsądniejszą cenę.

Mam nadzieję, że dziewczyny fajnie zapamiętają ten dzień, nie wiem co lepsze, te moje lody w Horteksie, czy ta rewia na lodzie, ale cóż, o tym przekonamy się za kilka lat.


Wygrana zdrapka- żeby nie być gołosłownym ... ;) 


piątek, 10 listopada 2017

Rodzicielstwo z przymrużeniem oka, czyli czego nie widzą nasi goście.

Czasem kiedy wpadają do nas goście, zwłaszcza ci, którzy sami nie mają dzieci, słyszę komentarze typu "Ojej, jakie one są grzeczne", "Ale się pięknie bawią" itd. Tia... Tylko spróbuj pobyć u nas 24h. Zobaczysz choćby jak wygląda podłoga po zjedzeniu kolacji, pokój przez który przeszedł zabawkowy huragan, łazienka po potopie wieczornego szaleństwa w wodzie i głośny płacz zmęczonego dziecka, które samo nie wie czego chce. 
Ponieważ dziś piątek a przed nami weekend, przygotowałam dla was galerię zdjęć pt. Czego nie widzą nasi goście. 

Ciekawa jestem z którymi sytuacjami wy się utożsamiacie :)



1. Radosne oczekiwanie na dziecko :)





2. Kiedy próbujesz znaleźć chwilę dla siebie. 



3. Kiedy próbujesz popracować, kiedy twoje dziecko śpi. (ewentualnie napisać jakiegoś mądrego posta na swoim blogu)




4. Szukasz tej właściwej techniki karmienia.






5. Kiedy okazuje się, że inni mieli rację mówiąc, że najlepsze zabawki dziecko znajduje przypadkowo.





6. Kiedy obiad staje się tak samo stresujący dla dziecka jak i dla ciebie.



7. Kiedy nauka korzystania z nocnika okazuje się nie być taka prosta.





8. Kiedy twoje dziecko wie, gdzie znaleźć ważne, zagubione rzeczy.




9. Kiedy starasz się wszystko ogarnąć, ale coś przeoczysz.






10. Kiedy książkowe rady przestają działać i musisz poszukać rozwiązań na własną rękę.






11. Kiedy chcesz dać dobry przykład.






12. Kiedy pierwszy raz po porodzie wychodzisz na plażę. 




13. Gdy dzieci wstają pełne energii a ty nie wiesz jak się nazywasz. 




14. Gdy brakuje słów...







15. Gdy romantyczny wieczór spala na panewce. 







16. Gdy nie musisz chodzić na lifting twarzy, bo masz za darmo w domu.





17. Gdy próbujesz zachować autorytet.






18. Gdy karmienie piersią, o którym tak jest głośno, okazuje się torturą.







19. Gdy nagle potrafisz więcej niż byś się spodziewała. 




20. Gdy szukasz coraz to nowszych technik przewijania. 









Miłego weekendu!! :)


* Adapted from www.boredpanda.com

czwartek, 9 listopada 2017

Co to znaczy udana adopcja?

Od czasu pierwszej adopcji, utrzymujemy kontakt z panią z ośrodka, która była opiekunem prawnym naszej córki. Jest to wspaniała kobieta, która od kilkunastu lat pracuje w swoim zawodzie i całe życie pomaga dzieciom, by znalazły swoje rodziny.  Od czasu do czasu zdarza nam się rozmawiać i szczerze mówiąc chłonę wszystko to, co ma mi do przekazania. Każde jej doświadczenie jest dla mnie ważne, a informacje na wagę złota.
Ostatnio opowiedziała mi o szkoleniu, w którym wzięli udział pracownicy różnych ośrodków w Polsce. Obejmowało ono mnóstwo godzin z zagadnienia psychologii, psychiatrii i nie tylko. W jego trakcie postawiono takie oto pytanie:


Co to znaczy udana adopcja?


Zanim przeczytacie dalej, spróbujcie wy się zastanowić, czym jest dla was udana adopcja, czym jest udane macierzyństwo, ojcostwo, rodzicielstwo, rodzina. Co sprawia, że krótko mówiąc "robimy dobrą robotę"? Każdy z nas, czy to rodzice adopcyjni czy biologiczni, założę się mamy chwilę zwątpienia, jesteśmy zmęczeni, mamy dość. Nikt nie jest przecież doskonały w tym co robi. Ale czy ogólnie możemy powiedzieć, że dajemy radę, mimo problemów? Mimo przeszkód? Mimo ciężkich chwil?

Co odpowiedzieli pracownicy ośrodków?


Pracownicy ośrodków, pomimo tego, że znają środowisko jak nikt inny, sami w większości przypadków nie adoptowali dziecka. Każdy z nich miał więc inną teorię na temat tego, co to znaczy, że dobrze dobrali rodziców do dziecka. Jedna z pań powiedziała, że dla niej adopcja jest udana, jeśli rodzicom udaje się nawiązać z dzieckiem więź. Inna zaś miała taką teorię, że możemy być zadowoleni, gdy dziecko jest szczęśliwe i radzi sobie w życiu. Tyle pomysłów ile osób. 

A co na to ja?


Ja podpisuję się całym sercem z tym, co powiedziała pani z mojego ośrodka. Według niej adopcję można uznać za udaną wtedy, kiedy dzieci już są dorosłe, wyjdą z gniazda i z własnej, nieprzymuszonej woli będą wracać do domu. I dokładnie tego ja pragnę i do tego dążę. Ileż to ludzi mam wokół siebie (oczywiście mówimy tu o rodzinach biologicznych), gdzie dzieci bardzo rzadko widują się z rodzicami, nie ma między nimi więzi, nie interesują się sobą. 
Pod hasłem powrót dzieci do domu kryje się coś więcej niż tylko fizyczne odwiedzenie rodzica. Dom to oaza, miejsce gdzie spotkam najbliższych, gdzie porozmawiam o wszystkim, gdzie mogę być sobą, a zapachy przypomną mi udane dzieciństwo. Dom to uczucie ciepła, które czujemy przekraczając próg, a rozpostarte ramiona mamy i taty zawsze czekają na swoje dziecko. Dla mojej pani z ośrodka i dla mnie taka jest udana adopcja, bo przecież tam dom twój, gdzie serce twoje, więc mam nadzieję, że serce moich dzieci zawsze będzie przy nas.

A wy jak odpowiedzielibyście na to pytanie? Czym jest udana adopcja/ udane rodzicielstwo? Jestem ciekawa waszych odpowiedzi.