wtorek, 14 listopada 2017

Nieudane adopcje


Dlaczego pragniecie adoptować dziecko? To jedno z pierwszych pytań jakie słyszą kandydaci na rozmowie wstępnej z pracownikiem ośrodka. Myślę, że większość z nas ma już przygotowaną odpowiedź, to pytanie nie jest dla nikogo absolutnym zaskoczeniem. 
Dziś wracam do rozmowy z panią z mojego ośrodka. Nie ukrywam, że pewne rzeczy, których się dowiedziałam zaskoczyły mnie. O choćby to, że kilkanaście lat temu nie było żadnych szkoleń na rodziców adopcyjnych, były tylko rozmowy z parą, które dotyczyły samej adopcji oraz problemów z jakimi mogą się spotkać przyszli rodzice. Mówiło się o jawności adopcji, choć wiemy, że to zagadnienie akurat wyglądało troszkę inaczej jeszcze dekadę czy dwie temu.
Najbardziej zaszokowała mnie jednak informacja o coraz większej liczbie rozwiązanych adopcji i to nie w moim ośrodku, ale w całej Polsce. Zapytana o przyczynę takiej sytuacji, pani odpowiedziała mi, że problem tkwi w niewłaściwej motywacji do adopcji dziecka. Dokładnie to, o co pytają nas na samym początku, okazuje się być najważniejszym czynnikiem powodzenia naszego rodzicielstwa. Po przysposobieniu przecież, dziecko nabiera takich samych praw jak dziecko biologiczne, urodzone w tej rodzinie. 
Pani z ośrodka, jako wieloletni pracownik tejże placówki, uważa, że nie da się całkowicie prześwietlić człowieka, by mieć stuprocentową pewność, że sobie poradzi, że podjął właściwą decyzję i zdaje sobie sprawę z jej konsekwencji. Każdy ośrodek jednak, oprócz testów, ocenia kandydata według własnych odczuć, doświadczenia w tej kwestii oraz analizy tego, co przekazują małżonkowie.
Autentyczny przykład z jednego z ośrodków w Polsce. Małżeństwo  zdecydowało się na adopcję, ponieważ dostali "objawienia" w kościele, że są wyznaczeni do heroicznego czynu w postaci pomocy dziecku osieroconemu. Zgłaszają się do ośrodka katolickiego, który taką motywację uznaje za właściwą, państwo X przyjmują dziecko i ... no właśnie. Okazuje się, że bycie "Matką Teresą" nie jest takie proste. Decydują się na rozwiązanie adopcji.

To tylko jeden przykład nieodpowiedniej motywacji do przysposobienia dziecka, a ile jest takich osób, które przychodząc do ośrodka mówią jedno a myślą drugie? 
Największą liczbę nieudanych adopcji (i nie mówimy tu tylko o tych rozwiązanych, ale tych, gdzie nie stworzona została nowa rodzina) stanowią ludzie z wyższym wykształceniem. Jesteście zdziwieni? Zapytacie dlaczego? Im wyższy status społeczny, tym większe oczekiwania wobec dziecka. Tatuś jest lekarzem czy prawnikiem, więc automatycznie i od dziecka oczekuje się więcej niż bycia pracownikiem fizycznym. Rodzice mniej wykształceni, nieposiadający biologicznego potomstwa, pragną po prostu dziecka. Jeżeli dziecku adoptowanemu stawia się zbyt duże wymagania, nie jest ono w stanie poradzić sobie ani z nimi, ani z bagażem w postaci wcześniejszych przeżyć. Nadmiar tego wszystkiego może doprowadzić do tragedii.

Najgorsze jest to, że problem zbyt wysoko postawionej poprzeczki nie dotyczy tylko rodzin adopcyjnych, ale również biologicznych. Rozejrzycie się dookoła. Założę się, że znajdziecie takie osoby, gdzie dziecko chciało być "panem Zenkiem mechanikiem" a zostało mecenasem, tylko dlatego, żeby zadowolić swoich rodziców.
Podsumowując, na pytanie: Dlaczego tak naprawdę chcę adoptować dziecko, każdy kandydat powinien sobie bardzo szczerze odpowiedzieć. Nie ma się co oszukiwać, większość z nas robi to też dla siebie, dla spełnienia swoich marzeń o potomstwie, o rodzicielstwie, ale dziecko nie może być naszą zachcianką, czy też drogą do świętości. 
Na koniec polecam wam post Ahaji, http://tatamara.blog.pl/2017/11/10/akcja-oliwia-a-kto-mamy-slucha-ma-zwezenie-ucha/ , która wprawdzie jest mamą biologiczną i to trójeczki :), ale dokładnie pisała o tym co ja chciałabym przekazać. Kochajmy nasze dzieci za to, że są. Cieszmy się ich obecnością, doceniajmy każdą chwilę spędzoną z nimi, bo jest na wagę złota. A czy będą w przyszłości hydraulikiem Kazikiem, czy znanym chirurgiem, to zawsze, ale to zawsze bądźmy z nich dumni, jeżeli wykonują swoją pracę dobrze. 

P.S. Jak wiecie nie mam w zwyczaju pouczać innych rodziców, ale tym razem wybaczcie, nie miałam nic złego na myśli ;) 

14 komentarzy:

  1. Nie wyobrażam sobie co musi czuć takie oddawane po jakimś czasie dziecko, to straszne...
    Tak samo jak oczekiwania wobec dzieci - myślę, że każdy z nas po prostu chce, żeby były szczęśliwe. To jest najważniejsze. Zdrowe, szczęśliwe i kochane przez nas niezależnie od tego czym się zajmują. Banał ale prawdziwy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję:)
    Izzy, uwielbiam twoje posty. Są takie konkretne, rzeczowe, a jednocześnie czyta się je jak opowiadania. Dużo się dzięki tobie dowiaduję, chociaż temat nie dotyczy mnie bezpośrednio, to przecież nie żyjemy na bezludnej wyspie. Nawet nie umiem i nie chcę wyobrazić sobie tego, co czują te oddawane dzieci, albo te, które nie spełniły oczekiwań. Albo, wyobraź sobie, tacy rodzice na przykład, którzy mają przerost ambicji i wygórowane oczekiwania ale... nie do końca sprecyzowane. Wtedy dziecko, choćby nie wiadomo jak się starało nie jest w stanie spełnić ich oczekiwań, bo... sami nie wiedzą czego chcą. Znam też i takich, niestety...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziubasowa, Ahaja, tak odpowiem wam razem, żeby nie powtarzać. Ja też nie potrafię sobie wyobrazić co czuje takie dziecko. Myślę, że odrzucenie ciągnie się za nim przez całe jego życie. I najgorsze właśnie, że nie mówimy tylko o odrzuceniu w postaci rozwiązania adopcji i oddania dziecka, ale również odrzucenie w rodzinie biologicznej, gdzie rodzice kompletnie nie zajmują się dzieckiem, a jego wychowanie zrzucają na opiekunki, czy żłobek, przedszkole, szkołę. My może nie do końca też zdajemy sobie sprawę ze skali problemu, ale moja pani z ośrodka opowiadała mi, że niczym choroba jest teraz zachowanie rodziców, którzy spędzają w pracy jak najwięcej czasu, by nie wracać do domu. Wyobrażacie sobie? Podobno z psychologicznego punktu widzenia chodzi o to, że im później wrócą, tym bardziej dziecko jest zmęczone i nie wymaga takiego poświęcenia ze strony rodziców i ich uwagi. (kąpiel, kolacja, czytanie książeczki, spać)
    A potem pretensje do szkoły, że to czy tamto. Zapytajcie Lady Makbet jacy rodzice są roszczeniowi, zresztą pewnie Ahaja czy Hephalump sami to widzą po zebraniach w szkole.

    Ahaja, dziękuję za twoje słowa, wiem, że czasem moje posty to smutasy, ale cóż takie czasy ;) Próbuję to wszystko ogarnąć i zrozumieć i ... łeb mi pęka. Chyba nie dam rady.
    Dzięki dziewczyny za komentarze :*

    OdpowiedzUsuń
  4. @izzy
    Nosiłem się z podobnym tematem, ale Ty pierwsza się zdecydowałaś napisać.
    Cóż dodać... Sama prawda. Też słyszałem, że najczęściej na nieudaną adopcję narzekają ludzie o wysokich aspiracjach i dużych oczekiwaniach wobec dziecka... Nie wynika to tylko z wykształcenia, ale taka prawidłowość też niestety występuje.

    Tak, masz rację... Postawy rodziców uwidaczniają się już na spotkaniach klasowych.

    Pozdr
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie twierdzę oczywiście, że rozwiązane adopcje zdarzają się tylko u ludzi wykształconych, ale powtarzam to, czego dowiedziałam się od pracownika ośrodka, który zna realia, zna środowisko. Najwięcej jest ich tam, gdzie wysoki status społeczny.Ludzie ci często dobrze wypadają na testach, rozmowach, są elokwentni, inteligentni, dają sobie radę z teorią wspaniale. Tylko rzeczywistość okazuje się być trochę inna...

      pzdr.

      Usuń
    2. @izzy
      Tak. To wszystko prawda... Bo rzeczywistość zawsze może być inna niż nasze oczekiwania i zazwyczaj jest inna. Nie zawsze udaje się przyjąć tą rzeczywistość, inną od oczekiwanej. I rzeczywiście wysokie aspiracje nie pomagają w przyjęciu dziecka innego od tego z naszych wyobrażeń.
      Ale jest jeszcze coś chyba gorszego od tych wysokich aspiracji...
      Duża wrażliwość na to: "co Ludzie powiedzą".

      M

      Usuń
  5. Izzy, no to ja mam z głowy; skoro adoptowałam KSIĘŻNICZKĘ, to już nie muszę się zastanawiać, kim będzie w przyszłości. Teraz to my musimy spełniać jej królewskie oczekiwania, a nie na odwrót ;)
    A tak poważnie... myślę, że takie obawy o to, czy dziecko "spełni oczekiwania", są normalne na samym początku drogi adopcyjnej. Kandydaci przychodzą do ośrodków często z wyidealizowanym obrazem swojej przyszłej rodziny, troszkę w dodatku zniekształconym przez niespełnione rodzicielstwo biologiczne. I stąd bierze się pragnienie dziecka w pełni zdrowego fizycznie i sprawnego intelektualnie. Rolą ośrodka jest sprowadzenie ich na ziemię i przygotowanie do tego, że adoptowane dziecko może wymagać bardzo wiele pracy. Jeżeli w momencie przysposobienia człowiek jest świadomy, że zaczyna tworzyć rodzinę z rzeczywistym, już istniejącym maluszkiem, mającym za sobą bagaż przykrych doświadczeń, to jest już połowa sukcesu :). Niestety, tak jak napisałaś, nie da się każdego w 100% prześwietlić... Niektórzy przeceniają swoje umiejętności wychowawcze, bagatelizują FAS i RAD, a potem cierpią na tym wszyscy z dzieckiem na czele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie mnie się wydaje, że kandydaci na rodziców ado powinni nie mieć wyidealizowanego obrazu. Przychodząc do ośrodka powinni mieć świadomość tego, że nie idą stać w kolejce po spełnienie marzeń o rodzicielstwie pięknego, zdrowego i mądrego dziecka. Cały czas nam przecież powtarzają, że to my mamy otworzyć się na dziecko, otworzyć swoje serce, zrobić mu miejsce w naszym życiu. Tyle mówi się o FAS, RAD,traumie z przeszłości i choć jak wiemy często jest to przesadzone w drugą stronę, to jednak jest. Nie ukrywam, że ja miałam nadzieję, że dziecko będzie w miarę zdrowe,takie właśnie pragnienie o którym piszesz, ale to tylko nadzieja. Nie martwiłam się na zapas, raczej czekałam na konkretną propozycję dziecka, mając w głowie jednak tę świadomość, że różnie może być. Jak to powiedziała moja pani z ośrodka, ludzie często naprawdę nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji, wydaje im się, że "jakoś" sobie damy radę. A potem po prostu sobie nie radzą. Dlatego ważne jest, by ewentualnie zrezygnować z propozycji dziecka, jeżeli nie czujemy się w 100% pewni tej decyzji. Lepiej zrobić to na tym etapie niż po przysposobieniu. A uwierz mi, jeśli chodzi o motywację do adopcji, to nie zawsze jest ona taka jak powinna...

      Usuń
    2. Ależ ja się zgadzam, że motywacje są różne, czasem zupełnie "z kosmosu". Natomiast co do pierwszej części Twojego komentarza, to mam nieco odmienne zdanie. Napisałaś, że "przychodząc do ośrodka powinni mieć świadomość tego, że nie idą stać w kolejce po spełnienie marzeń o rodzicielstwie pięknego, zdrowego i mądrego dziecka". Mnie się wydaje, że często nie mają skąd mieć tej świadomości. To ośrodek adopcyjny jest takim "lekarzem pierwszego kontaktu", który dopiero diagnozuje motywację i wskazuje dalszą drogę. My z P., idąc na pierwszą wizytę do OA, nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czego możemy oczekiwać. Pewnie, żadne z nas nie liczyło na potomka Einsteina i Audrey Hepburn, ale też nie byliśmy do końca świadomi całego bagażu doświadczeń, z jakim może przyjść do nas dziecko. Np. o RAD dowiedziałam się dopiero z literatury adopcyjnej, którą zaczęłam czytać jakoś równolegle z gromadzeniem dokumentów do OA. Myślę (choć dowodów nie mam), że większość ludzi zgłasza się do ośrodków dlatego, że chce stworzyć pełną, szczęśliwą rodzinę... i wg mnie to wcale nie jest zła motywacja, o ile zostanie poddana odpowiedniej - że tak to nazwę - formacji podczas procedury.

      Usuń
    3. Masz rację, że o takich sprawach jak FAS dowiadujemy się dopiero podczas rozmów i szkolenia, z tym, że dla mnie to nie do końca jest świadomość, a raczej wiedza, którą zdobywa się już w trakcie procedury. (choć niektóre ośrodki czytałam wymagają pewnych rzeczy już na wstępie)

      Coś nas do tej decyzji o adopcji skłania. To tak samo jak z wyborem studiów, nikt nie oczekuje wiedzy z zakresu 5 lat, jedynie takiej pozwalającej na dostanie się na wybrany kierunek + właśnie decyzji, że to chcę robić. Z tym, że ze studiów można zrezygnować, z dzieckiem tak nie jest.
      Znam kilka osób, które starają się przez wiele lat o potomstwo, a potem po prostu rezygnują z jego posiadania. Mnie chodziło o to, że jeśli ktoś przychodzi z niewłaściwym podejściem do tego wszystkiego, to żadne argumenty ze strony ośrodka do niego nie dotrą. Oczywiście my też nie mieliśmy pojęcia o wielu rzeczach, to, że teraz jestem taka "mądra" wynika właśnie z przejścia przez całą tę procedurę. Chłonęłam i chłonę nadal wiedzę i doświadczenia innych ludzi.
      Masz rację, że większość ludzi zgłasza się dlatego, że chce stworzyć rodzinę, ale jednak skądś bierze się to, że coraz więcej jest rozwiązanych adopcji i o tym właśnie jest ten post. Takie sytuacje według mnie nie powinny mieć w ogóle miejsca. Objawienie w kościele to tylko jeden z przykładów niewłaściwej motywacji do adopcji. Nie chcę już pisać o innych, ale ci ludzie też przeszli przez szkolenie, też zostali poinformowani o wszystkim i co? Nic im to nie dało. Z rozmowy z pracownikiem ośrodka wynika, że kiedyś takie rzeczy zdarzały się sporadycznie, teraz przypadków jest coraz więcej, niestety nie to nie mój wymysł :(

      Usuń
  6. Wiesz, co mnie zastanawia? Czy statystyki dotyczące rozwiązywania przysposobienia nie obejmują też przypadkiem adopcji wewnątrzrodzinnych. Kiedyś jedna z pań z OA mówiła, że najwięcej nieudanych adopcji ma miejsce właśnie w przypadkach, gdy np. mężczyzna przysposabia dziecko żony z poprzedniego związku etc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia. Zapytam przy okazji, bo to ciekawe pytanie. My raczej rozmawiałyśmy o konkretnych sytuacjach, konkretnych przykładach, pracownicy ośrodków przecież jeżdżą razem na szkolenia, rozmawiają, wymieniają się doświadczeniami i informacjami. Nie były to statystyki w postaci słupków. Komentarz dotyczący przyczyny takiej sytuacji był jej, nie mój.

      Usuń
    2. @Lady Makbet & izzy
      Ze statystykami dotyczącymi adopcji w Polsce jest w ogóle ten problem, że są one mało czytelne.
      https://www.mpips.gov.pl/wsparcie-dla-rodzin-z-dziecmi/adopcja/informacje/informacje-statystyczne/
      Link jaki zamieszczam powyżej to odsyłacz do strony z zestawieniami statystycznymi na podstawie danych z sądów rodzinnych. I nie ma tam rozdzielenia ile z adopcji dotyczyło przysposobienia dziecka przez współmałżonka.
      Ale widać, że liczba rozwiązanych adopcji jest stała (około 100 rocznie). Chociaż nie zawsze nieudana adopcja kończy się jej rozwiązaniem :(

      Niestety nie udało mi się dotrzeć do polskich opracowań, które by pokazywały tak jasno strukturę adopcji jak to widać np. w opracowaniach niemieckich.
      http://przysposobienie.blogspot.com/2017/09/adopcja-w-niemczech-ciekawe-statystyki.html

      Pozdr
      M

      Usuń
  7. Czytałam kiedyś ten Twój wpis. Słusznie zauważyłeś, że nie każda nieudana adopcja kończy się jej rozwiązaniem i myślę, że o to właśnie chodziło tej mojej pani z ośrodka. Często przecież mają kontakt z rodzicami i znają sytuację. Ona porównywała z tym co było kiedyś, porównywała właśnie tą motywację ludzi, choć znów wracamy do zasadniczego pytania z poprzedniego posta, czyli Czym jest udana adopcja. Przecież dopiero po latach może się okazać, że nie do końca było to tak jak się z pozoru wydaje.. No, ale nikt nie prowadzi statystyk szczęśliwych dorosłych... (czy to adoptowanych, czy biologicznych dzieci swoich rodziców)

    pzdr.

    OdpowiedzUsuń