wtorek, 22 sierpnia 2017

Maluchy pod namiotem

 Nasi znajomi przecierali oczy ze zdumienia, kiedy dowiedzieli się, że zabieramy nasze maluchy w tak długą podróż i to jeszcze nie do hotelu. No bo cóż może być przyjemnego w kilkunastogodzinnej podróży samochodem, spaniu prawie pod chmurką przy niemożliwej do przewidzenia pogodzie? Jak się okazuje, taki wyjazd może przynieść wiele korzyści, zarówno nam jak i naszym dzieciom




Uchodźcy


Jak wiecie nie była to nasza pierwsza wyprawa, ale wyjazd pod namiot samemu to pikuś w porównaniu z wyprawą z dziećmi. Już na samym początku okazało się, że maluchy pod namiotem to oprócz wielu innych aspektów, przede wszystkim sprawa organizacji tego co mamy ze sobą zabrać.
Gdy zobaczyłam ilość rzeczy jaka miała zmieścić się do naszego samochodu, zaczęłam wątpić, czy w ogóle się spakujemy. Nasz pojemny i wystarczający do tej pory bagażnik, zapełniał się tak szybko, że ze strachem obserwowałam czy jeszcze coś się w niego zmieści. Wszystkiego było dużo i bynajmniej nie były to ubrania. Namiot, nasz materac, materace dla dziewczynek, stoliczek, krzesła i inne typowo kempingowe wyposażenie gabarytowo zajmowało strasznie dużo powierzchni. Do tego nasza ukochana przyczepka rowerowo-spacerowa, bez której nasze wędrówki nie mogłyby mieć miejsca sama w sobie nie należała do najmniejszych. 
I tu ukłony dla mojego męża, który jest po prostu mistrzem w upychaniu i logicznym rozmieszczaniu rzeczy w samochodzie. Do maximum potrafi wykorzystać każdą szparkę, schowek czy lukę jaką producenci samochodu przygotowali na takie sytuacje. Mamy więc zgrany duet - ja szykuję klamoty a on je ładuje.

Na pół godziny przed wyjazdem, dziewczyny już siedziały w samochodzie kręcąc na przemian kierownicą i naciskając wszelkie możliwe przyciski. Kiedy weszłam do garażu, E. krzyczy do mnie próbując być głośniejsza niż muzyka którą puściły z siostrą z radia:
~Mamusia, imprezę mamy! 
Wariatkowo. 
Znosimy resztę rzeczy, ja kończę kanapki i wyjeżdżamy. Jeszcze tylko tankowanie, bo niestety nie udało nam się tego zrobić dzień przed i ruszamy! Do przejechania mamy jakieś 500km i będziemy nocować w motelu przy granicy. Wyglądamy trochę jak uchodźcy i już wiemy, że w przyszłym roku bagażnik samochodowy na który brakło już w tym roku funduszy to konieczność.

Zderzenie z rzeczywistością


Do naszej pierwszej bazy noclegowej, kempingu położonego bezpośrednio nad jeziorem bodeńskim przy granicy z Niemcami, docieramy stosunkowo wcześnie. Mamy sporo czasu, by na spokojnie rozbić namiot i przenieść rzeczy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nasze kochane dzieci, nagle uwolnione z kajdanów jakimi są pasy bezpieczeństwa, zaczęły biegać jak oszalałe. Dopadły jakieś szwajcarskie rodzeństwo i szaleli już we czworo. Mój biedny mąż starał się jak najszybciej rozłożyć namiot, podczas gdy ja próbowałam na migi dogadać się z partnerami zabaw E. i J. , którzy potrafili porozumiewać się tylko w swoim nadal dla mnie niezrozumiałym dialekcie, będącym mieszanką niemieckiego, francuskiego, holenderskiego i Bóg wie jeszcze jakiego dziwnego języka. I jak wytłumaczyć im, że ciągnięcie za ręce po trawie dwulatki nie jest dobrym pomysłem pomimo, że ona aż kwiczy z zadowolenia? 

Rozłożenie obozowiska okazało się więc nie tak proste jak pamiętaliśmy to z naszych wypadów we dwoje. Pomiędzy szaleństwem dzieci i spełnianiem ich nagłych zachcianek, budowaliśmy więc nasz dom na te kilka dni.

~ Mama, siku! Dobry Boże, gdzie ten cholerny nocnik. Gdzieś go tutaj stawiałam przecież. Mąż wzrusza ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, żebym jego o takie rzeczy nie pytała, wszak jego osoba jest zajęta przecież stawianiem namiotu.
~ Pić! Tam stoi butelka! krzyczę a kątem oka widzę drugą córkę biegnącą po swoją osobistą buteleczkę, która gdzieś się zawieruszyła. Nie mogę znaleźć. Podziel się z siostrą, proszę E. , która najpierw odwraca się i mówi, że nie, by w końcu oddać siostrze swoją wodę. Uff. Może będę mieć kilka chwil. 
No gdzie tam. 
~Zostawcie te hulajnogi! 
~Czemu? słyszę swoje ulubione pytanie i tłumaczę dlaczego nie mogą ruszać nie naszych rzeczy.
Wtedy, w tamtym momencie, wiedziałam, że albo opanuję ten chaos, albo naprawdę osiwieję przez ten wyjazd.


Nocowanie i błogi sen pod chmurką


To jak dziewczynki będą znosiły nocleg w namiocie, zastanawiało mnie od samego początku. Nasz namiot posiada dwie oddzielne sypialnie, więc po cichu liczyliśmy na to, że całą noc dziewczynki będą spały u siebie. I powiem wam, że nie przeliczyliśmy się. Kilka  razy zdarzyło się, że któraś przyszła do nas, ale gdy usnęła to odnosiliśmy ją z powrotem do siebie (niestety nasz materac ledwo mieścił nas oboje w wygodnej pozycji a lubiące rozpychać się dziecko na pewno nie ułatwia dobrego snu...)
Nie wiem, czy to świeże powietrze tak na nie działało, czy duża ilość ruchu sprawiła, że dziewczynki pięknie przesypiały noc, ale przychodziły do nas nie wcześniej niż przed 8. 
Spanie na materacyku pod kołderką sprawiło im dużo radości. Sama pamiętam z dzieciństwa, że zabawy i spanie we wszelkiego rodzaju namiotach czy też udawanych namiotach w postaci koca położonego na krzesłach, świecenie latarką i jedzenie kanapek na materacu zamiast porządnie przy stole, to jedne ze szczęśliwszych momentów z tamtych czasów. 


Deszczyk sobie a my sobie


No cóż, pogoda nie okazała się dla nas łaskawa w pierwszym tygodniu naszych wakacji. Po kilku upalnych dniach, przyszedł deszcz i ochłodzenie. Widząc niezbyt optymistyczną prognozę na kolejne kilka dni, postanowiliśmy zrezygnować z kilku planowanych punktów i przenieść się dalej na zachód, nad jezioro genewskie w nasze ukochane okolice. Tam aura miała okazać się łaskawsza. I tak było, choć przez półtora dnia padało i padało i końca nie było widać. 
Pewnie zastanawiacie się jak namiot przeżył dwa żywioły w postaci naszych kochanych córeczek? Przeżył, i to całkiem nieźle :)
Na takie okazje zaopatrzyliśmy się już w domu przygotowując ulubione zabawki, książeczki i filmy.
Każde dziecko jest oczywiście indywidualnością, więc trudno znaleźć tu takie rzeczy, które zadowolą każdego. U nas sprawdziły się między innymi klocki Lego z ulubioną księżniczką Zosią i Myszką Mini, ciastolina Play Doh z serii fabryka lodów i deserów, figurki zwierząt do zabawy, książeczki z naklejkami i zagadkami oraz do czytania seria o Zuzi. Razem przygotowaliśmy obiadek, zrobiliśmy deserek i naszykowaliśmy się na wyjście z namiotu. 
Nawet gdy pada deszcz, można przecież gdzieś iść. A gdzie najlepiej czuły się nasze pociechy? A no na automatach, które stały w budynku kempingowym przy restauracji! Wreszcie mogły bez ograniczeń kręcić kierownicą i naciskać co się da! Wieczorem wybraliśmy się też na występ zespołu, który wprawdzie składał się z jakichś podstarzałych śpiewaków amatorów, ale znane przeboje w ich wykonaniu zachęcały do poruszania się w lewo i prawo. Zwłaszcza przy takiej pogodzie. 
E. oczywiście wyciągnęła mnie pod samą scenę, pomimo moich oporów pokazania się w dresie i adidasach wśród elegancko przygotowanych na tę okazję Szwajcarów. Tak więc mała dziewczynka w pelerynce i kaloszach oraz jej mamusia w spodniach dresowych i bluzie, które przyszły tylko na chwilę zobaczyć kto tak śpiewa, stały się tak widoczne jak słoń w składzie porcelany. Pan małżonek pod pretekstem zajmowania się zmęczoną J. zasiadł na jednej z ław.

Brzydka pogoda na kempingu może zepsuć plany, ale nie powinna zepsuć humoru. Dla nas był to czas, by pobyć razem, zakopać się w jedną kołderkę i obejrzeć jakąś fajną bajkę, czy też pobawić się ulubioną zabawką. Jeśli mamy ochotę wyjść na zewnątrz, nie widzę przeszkód. Od czego są kalosze, pelerynki przeciwdeszczowe i parasole. Zła aura chyba bardziej dokucza dorosłym niż dzieciom. 


Suchą bułkę mi daj


Im mniejsze dziecko, tym mniejszy problem z jedzeniem jakie zabieraliśmy ze sobą na wyjazdy poza dom. Mleko, słoiczek z ulubionymi potrawami było najszybszą formą zadowolenia małego brzuszka. Ale jak poradzić sobie z gotowaniem dla spragnionych dwudaniowych obiadów dziewczynek? 
W tym roku zaszaleliśmy i zakupiliśmy w Lidlu przenośną, można powiedzieć kempingową kuchenkę indukcyjną. I wiecie co? Jest rewelacyjna. Szybko i bez problemów można ugotować zupkę, makaron, ziemniaki, cokolwiek przyjdzie wam do głowy. Zrezygnowaliśmy oczywiście z dwóch dań na korzyść jednego, co ku naszej uldze zostało przyjęte z aprobatą. Nasza dość mała lodówka też sprawdziła się wspaniale - dało upchnąć się w niej garnek z zupą na drugi dzień.
Od samego początku dbałam o to, by dzieci miały zapewnioną odpowiednią ilość mleka, warzyw, owoców itd. I nie powiem. Nie ma problemów z tym, żeby dziewczynki jadły zdrowo, ale co było ich ulubionym jedzeniem na kempingu? Sucha bułka! 

Moje dziecko czy nie moje?


Wakacje pod namiotem to wyjątkowy czas, w którym można jak nigdy poznać swoje własne dziecko i obserwować je w różnych sytuacjach. Z każdym dniem poznawaliśmy się na nowo, zaczęłam rozumieć pewne zachowania, wypróbowywać różnorakie metody radzenia sobie z pewnymi problemami. Podpunkt ten rozwinę w osobnym poście, ale z pewnością był to czas, w którym nauczyłam się swoich dzieci na nowo. A przede wszystkim myślę, że udało nam się wzmocnić łączącą nas więź. 

Ja chcę tak jak mama i tata


Pobyt na kempingu to wspaniały czas, by bez ograniczeń pozwolić dziecku na naśladowanie tego co robimy i włączenie go w każdą wykonywaną przez nas czynność. No prawie każdą ;) Oczywiście gdy dziewczynki zobaczyły gumowy młotek do wbijania śledzi, to koniecznie chciały pomagać wbijać nie tylko śledzie. Słowa "Nie dotykaj, nie ruszaj i nie wolno" nabrały szerszego znaczenia. No bo jak schować nóż przed dwulatką skoro wszyscy znajdujemy się na tak małej powierzchni? Przecież tylko chciała pomóc kroić mięsko... 
Dziewczyny z wielkim zainteresowaniem obserwowały jak stawał nasz namiot, pomagały nosić rzeczy z samochodu, nakrywały do stołu, szykowały swoje krzesełka. Po tygodniu pobytu E. przytulała się do namiotu mówiąc Kocham nasz namiocik, jest najładniejszy.

Siup w szlafroczek i pod deszczownicę


Przed wyjazdem zastanawiałam się też jak dziewczynki poradzą sobie z myciem. Wprawdzie uwielbiają kąpiele, ale co w domu to w domu. Trudno było przewidzieć jak maluchy zachowają się w dużej, wspólnej z innymi ludźmi łazience. 
Żeby ułatwić sobie całą procedurę mycia, rozbieraliśmy je w namiocie i zakładaliśmy szlafroczki. Dzięki temu uniknęliśmy ściągania ciuszków w małych, niezbyt wygodnych kabinach prysznicowych. Ja zabierałam pierwszą kandydatkę do bycia czystą  pod prysznic, a mąż czekał na zewnątrz z drugą, która stojąc w swoim kolorowym szlafroczku i klapciuszkach japonkach, wywoływała uśmiech na twarzy przechodzących ludzi. 
Siup pod deszczownicę, myjemy się raz dwa i gotowe! Wymieniamy się z mężem dziećmi, on zabiera czystą pannę do namiotu i ubiera, a ja kąpię kolejną i razem wracamy.
Dziewczynki bardzo dobrze zniosły mycie w miejscu bądź co bądź publicznym. Jedyną rzeczą, która nie dawała E. spokoju było to, dlaczego kąpiemy się w klapkach...

Może tu, może tam, ważne, żeby było gdzie poszaleć


Na naszym głównym kempingu w Lozannie, spędziliśmy 10 nocy. Kemping ten swoim wyglądem przypomina troszkę okres PRL, na pewno przydałby mu się solidny remont, ale ma tę największą jak dla nas zaletę, że jest pięknie położony nad samym jeziorkiem genewskim. Sam kemping jest czysty, duży i wygodny, ale jeśli chodzi o luksusy to na pewno nie sklasyfikuję go w szwajcarskiej czołówce.
Szwajcarskie kempingi cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem, w części włoskiej, na południu, znalezienie miejsca w sezonie graniczy z cudem. Ale ogólnie wybór jest bardzo duży. Jeżeli kiedykolwiek będziecie wybierać się w te rejony z dziećmi, na pewno szukajcie takiego, który będzie miał plac zabaw odpowiedni do wieku waszego dziecka. W Lozannie placyk jest mały, ale naszym dzieciom wystarczyły te dwie huśtawki, zjeżdżalnia i piasek do zabawy. Namiot rozbiliśmy w jego pobliżu, więc same biegały i bawiły się z innymi dziećmi. 
Inne kempingi na których byliśmy mają baseny a nawet czasem spore AquaParki. Na pewno jest co robić i gdzie poszaleć :)

Bo ogry są jak cebula


Jak to kiedyś powiedział Shrek. I to bynajmniej nie dlatego, że śmierdzą jak niesłusznie skomentował jego stwierdzenie Osioł, a dlatego, że mają warstwy. 
Ogólnie noce były dość ciepłe, około 18 stopni, ale prognozowane 11 przez kilka z nich sprawiło, że przygotowaliśmy się na nie niczym wspomniane ogry: koszulka, piżamka z długim rękawem, bluza i na to ciepły szlafroczek. Do tego podwójne spodnie od piżamki a wszystko przykryte kołderką i kocykiem. No. Wreszcie cieplutko. Można iść spać. 


Na kempingach w Szwajcarii spotkaliśmy różnych ludzi. Emerytów, spędzających nad jeziorem czy też w górach cały okres wakacji, oraz rodziny z dziećmi, czasem bardzo malutkimi. Na krótko wpadali też podróżnicy, spędzali jedną czy dwie noce i jechali dalej. Ludzie bogatsi i mniej bogaci, skromniejsi. Był też samotny ojciec z dwójką dzieci, jak domyślam się po rozwodzie, spędzający pod namiotem swój czas na opiekę nad dziećmi. Jedno jest pewne, kemping to specyficzny klimat. Nie mieliśmy tu wygodnych łóżek, nie mieliśmy telewizji, nie było udogodnień w postaci zmywarki czy mikrofalówki. Ale za to był czas na wszystko to na co najważniejsze dla nas i naszych dzieci.

~Mamusiu, przyjedziemy jeszcze kiedyś na kemping?, zapytała E. kiedy wyjeżdżaliśmy. Oczywiście, że tak!, odpowiedziałam, a w głowie miałam już tysiące nowych pomysłów na wycieczki. Teraz czas wrócić do rzeczywistości i zbierać fundusze na kolejne wojaże :)









niedziela, 20 sierpnia 2017

Wszystko co dobre tak szybko się kończy...



Po przejechaniu 1556 km, 22 godzinach spędzonych za kółkiem, dwóch burzach pozwalających na jazdę po autostradzie z zawrotną prędkością 40 km/h, kilku korkach w których straciliśmy cenne godziny oraz krótkiego noclegu w samochodzie, wreszcie dojechaliśmy do domu. 
Jeżeli zastanawiacie się jaki kolor mają moje włosy po wyjeździe, to powiem Wam, że są dużo jaśniejsze. Ale co najważniejsze, nie dlatego, że osiwiałam, a raczej od słońca, które skutecznie sprawiło, że na mojej głowie pojawił się naturalny baleyage. Bogatsza o nowe doświadczenia, wracam do Was dziś na bloga :) Opowiem Wam co udało nam się zobaczyć, jak dziewczynkom podobało się pod namiotem, oraz jak to się stało, że zostałam postrachem szwajcarskiego placu zabaw. 
Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki za naszą wyprawę!

czwartek, 3 sierpnia 2017

Z maluchami pod namiotem, czyli wielkie wyzwanie przed nami!

Przed nami kolejna wyprawa. Tym razem pierwszy raz z dziećmi pod namiot! Jest to dla nas ogromne wyzwanie, gdyż nie mamy pojęcia jak to wszystko będzie wyglądać. Jak takie maluchy odnajdą się na kempingu? Tego nie wiem, ale albo będzie to wspaniały początek nowych przygód, albo przyjadę siwa i wreszcie będę musiała zacząć farbować włosy ;) Trzymajcie mocno za nas kciuki! 



Naszym ukochanym miejscem za granicą jest Szwajcaria i właśnie tam chcemy zabrać nasze dziewczyny. Pewnie większości z Was kojarzy się z kredytem we frankach, ale ten piękny alpejski kraj wcale nie musi być droższy niż wakacje na które jeździ przeciętny Polak. Mam nadzieję, że spodobają Wam się miejsca, które planujemy odwiedzić, być może nawet sami się wybierzecie?

DO ZOBACZENIA WKRÓTCE! :) 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Wychowywanie dziecka po traumie cz.2

W dzisiejszym poście chciałabym kontynuować trudny, ale jakże ważny temat dotyczący urazów, jakie doznały dzieci, zanim trafiły do adopcji. Przybliżę Wam rodzaje traumy i ich wpływ na dziecko.

Dla przypomnienia, trauma to emocjonalna odpowiedź na zdarzenie, które zagraża dziecku lub powoduje krzywdę fizyczną lub emocjonalną i może być wynikiem pojedynczego zdarzenia lub wynikać ze stałego narażenia na nią.





Miesiąc temu, moja starsza córka przeszła kurację antybiotykową związaną z anginą. Lekarstwo zniosła bardzo dobrze, zwłaszcza, że miało jej ulubiony kolor czerwony i smak truskawkowy. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że pozostawił on po sobie efekt uboczny w postaci zaparć. Po kilku dniach bez wypróżniania się, E. "urodziła" ogromny kamień, który zostawił w jej dziecięcej psychice taki uraz do załatwiania się, że przez ponad 3 tygodnie dostawała ataku histerii na widok nocnika, czy też samej toalety. Ból, który towarzyszył tamtemu wydarzeniu sprawił, że bała się, że się powtórzy. Codziennie więc, kupki lądowały w majteczkach, czasem nawet dwa razy dziennie. Wychodziły dopiero wtedy, gdy nie potrafiła już ich utrzymać. 
Od kilku dni wszystko wróciło do normy, ale kosztowało nas to wiele wysiłku i pracy, by odblokowała się i zaufała, że nie będzie ją już nic bolało.

Podałam Wam ten przykład nie bez powodu. A teraz wyobraźcie sobie dziecko, które miesiącami albo latami jest bite, poniżane, zamykane w komórce, wywożone do lasu, zastraszane. Wyobraźcie sobie dziecko, które musi dorosnąć za wcześnie, bo jego rodzice nie zapewnili mu należytego dzieciństwa, a zamiast tego okaleczyli być może na całe życie. Wyobraźcie sobie dziecko, które z takim bagażem doświadczeń musi zmierzyć się z otaczającym go światem i środowiskiem. Musi pójść do przedszkola, szkoły i tam funkcjonować. Wyobraźcie sobie takie dziecko, które nawet nie wie jak ma prosić o pomoc, często się boi, nie wierzy w siebie, nie wierzy w nikogo. 

Dzieci trafiające do adopcji, często z pozoru wyglądają jak gdyby wszystko było w porządku. Słodkie i grzeczne dziewczynki i chłopcy, niepewnie przytulający się do nowych rodziców. Ale za maską niewinnego dziecka, znajduje się bardzo zraniona dusza, czasem bardziej niż niejeden dorosły. Jeżeli chcemy im pomóc, musimy przede wszystkim zrozumieć naturę ich problemu.

Do potencjalnie traumatycznych wydarzeń dla dziecka należą:

* wykorzystywanie (fizyczne, seksualne, emocjonalne)
* odrzucenie
* odseparowanie od tych, których kocha
* prześladowanie (np. w szkole)
* bycie świadkiem krzywdy kogoś bliskiego, bądź ukochanego      zwierzęcia
* nieprzewidywalne zachowanie rodziców związane z ich uzależnieniem lub chorobą psychiczną
* bycie w rodzinie objętej nadzorem opieki społecznej



Trauma może mieć efekt na
 poprzez
Ciało
  • Nieumiejętność kontrolowania fizycznej odpowiedzi na stres
  • Chroniczną chorobę ciągnącą się aż do dorosłości (np.choroba serca, otyłość)
Mózg (myślenie)
  • Trudności w myśleniu, uczeniu się i koncentracji
  • Zaburzenia pamięci
  • Trudności w przeskakiwaniu z jednej myśli lub czynności  na drugą 
Emocje (odczuwanie)
  • Niska samoocena
  • Poczucie niepewności 
  • Nieumiejętność panowania nad emocjami 
  • Trudności w tworzeniu więzi z opiekunami 
  • Trudności w nawiązywaniu przyjaźni  
  • Problemy z zaufaniem
  • Depresja, niepokój i lęk
Zachowanie
  • Brak kontroli odruchów

  • Agresja, kłótnie, uciekanie z domu
  • Nadużywanie niedozwolonych substancji
  • Próby samobójcze

W swoim poście  Niegrzeczny? Bo adoptowany! pisałam o problemie postrzegania dziecka adoptowanego.
Etykietka "adoptowany" nie powinna być wyznacznikiem tego, że coś się z dzieckiem dzieje (zwłaszcza nie powinno być to przedmiotem sprawy dla obcych), ale dla nas rodziców, czy opiekunów, musi być sygnałem. Nasze dzieci w większości nie pochodzą z kochających, dobrze funkcjonujących rodzin i często doświadczają co najmniej jednej z powyższych sytuacji.


We wcześniejszym poście dotyczącym traumy pisałam, że to jaki wpływ ma ona na nasze dziecko zależy od kilku czynników. Między innymi są to:

Wiek: Im młodsze dziecko, tym bardziej podatne na traumatyczne wydarzenia. Nawet niemowlęta i małe dzieci, które w rzeczywistości nie potrafią jeszcze mówić o tym co się wydarzyło, "czują wspomnienia", które mogą zaważyć na ich samopoczuciu aż do okresu dorosłości.

Częstotliwość występowania: Wielokrotne doświadczanie tych samych bolesnych wydarzeń jest bardziej szkodliwe niż pojedyncza sytuacja.

Relacje i więź z innymi: Dzieci, które mają dobre i zdrowe relacje z rodzicami, czy opiekunami, mają większe szanse, by wyjść z traumy.

Pomocne umiejętności:  Takie cechy jak inteligencja, zdrowie fizyczne, wysoka samoocena, pomagają dzieciom poradzić sobie ze swoją przeszłością. 

Percepcja: jest bardzo ważnym czynnikiem wskazującym na to jak dziecko odczuwa poziom niebezpieczeństwa, w którym się znajduje. 

Wrażliwość: Każde dziecko jest inne. Niektóre są mniej, inne bardziej wrażliwe. 


Wpływ traumy różni się w zależności od dziecka i rodzaju przeżyć. Lista potencjalnych konsekwencji pokazuje, dlaczego tak ważne jest, by rodzice rozumieli co ono przeżyło. Właściwa pomoc i praca z nim mogą zmniejszyć lub nawet wyeliminować te negatywne konsekwencje.
Poprzez zwiększenie zrozumienia dla zachowania naszego dziecka, pomagamy mu poradzić sobie z przeszłością i zbudować nowe, prawidłowe relacje w naszej rodzinie. 

W kolejnej odsłonie postów z tego cyklu, napiszę o tym co możemy zrobić, by pomóc naszym dzieciom. 


* post ten powstał na podstawie własnej wiedzy i  doświadczeń, oraz zestawienia najważniejszych informacji przygotowanych przez https://www.childwelfare.gov/pubPDFs/child-trauma.pdf



page2image46416




czwartek, 27 lipca 2017

Mówić czy nie? A jeśli tak to co? Czyli o tym kim jest ta nowa dziewczynka w naszej rodzinie.

Niedawno miałam okazję gościć w ośrodku, na szkoleniu dla rodziców adopcyjnych. Po mojej prezentacji rozwinęła się bardzo fajna dyskusja na różne tematy związane z rodzicielstwem adopcyjnym. Jedna z par zadała bardzo ciekawe pytanie, ale ponieważ moje dzieci były malutkie, gdy znalazły się w naszej rodzinie, odpowiedź nie była dla mnie oczywista.


Jawność adopcji jest bardzo ważną kwestią w budowaniu prawidłowych relacji nie tylko z naszymi dziećmi, ale również z otoczeniem. Odpowiedź, nad którą zastanawialiśmy się wspólnie z przyszłymi rodzicami adopcyjnymi dotyczyła sytuacji, w której adoptujemy starsze dziecko. Nasza rodzina, przyjaciele, oczywiście są przygotowani na nowego członka rodziny. Ale jak wytłumaczyć kuzynom, że "właśnie urodziło nam się dziecko" i .... przedstawić im kilkulatka? 

Prawda. W przypadku adopcji zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. 

Pamiętacie małą Martę z mojego posta o Adopcji Dziecka Starszego? Przez długi czas, była ona bardzo dumna z tego, że została adoptowana. W jej przekonaniu, było to coś wspaniałego, czym można i nawet powinno się chwalić przed całym światem. I wiecie co? Dla innych dzieci, nie tylko z rodziny, słowo adopcja brzmiało chyba dokładnie tak samo jak jabłko czy obiad. Nawet dla dorosłych, którzy nie mieli nigdy z nią styczności, jest to pojęcie tak abstrakcyjne, że nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co się tak naprawdę kryje pod tym pojęciem. Tym bardziej dzieci. One były zainteresowane tym, czy nowa kuzynka będzie się z nimi bawić, jakie ma zabawki, jaki pokoik. Dzieci w rodzinie przyjęły informację, że jest to dziecko Państwa X, nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły. Owszem, chciały wiedzieć, skąd nagle wzięła się Marta, ale usłyszawszy, że Mama X miała chory brzuszek i nie mogła jej urodzić, najważniejsze było dla nich to, że się odnalazły. Dla dzieci bowiem, nie istnieje pojęcie matka biologiczna i adopcyjna. Istnieje tylko MAMA. Skoro więc Państwo X mówią, że to jest ich córka, to analogicznie jest to ich kuzynka. 

W pewnym jednak momencie Marta sama poczuła, że temat adopcji jest czymś, co powinna zachować tylko dla siebie. Mama nie naciskała, ale wytłumaczyła jej, że jest to taka informacja, którą powinna przekazać tylko zaufanym osobom. Tak się też stało. Gdy poszła do szkoły, nie powiedziała nikomu o swoim pochodzeniu. Wie tylko wychowawczyni, ale tę tajemnicę przekazała jej mama Marty w trosce o nią i jej adaptację w nowym środowisku. W rodzinie żadne dziecko nie kwestionuje jej przynależności. 

Prawda. Żyjąc nią możemy czuć się wolni i pewni, że na każdym etapie naszego życia i naszych dzieci, możemy spokojnie patrzeć w przyszłość. Prawda zawsze będzie prawdą, kłamstwo kłamstwem, nawet jeśli wszyscy wierzą, że nim nie jest.