wtorek, 27 czerwca 2017

Przetrwać podróż z dzieckiem

Dziś chciałam podzielić się z Wami sprawdzonymi metodami jak pomóc dziecku przetrwać podróż samochodem.

Jak już pisałam wcześniej, posadzenie dziecka przodem do kierunku jazdy, otwiera dla niego nowe doznania związane z przemieszczaniem się. Świat, który do tej pory przesuwał się do tyłu, nagle staje się fascynujący. To dobry moment, by zainteresować dziecko podróżami i tym co znajduje się za oknem samochodu. Oczywiście będzie to wymagać naszego nakładu pracy, ale nasz wysiłek się opłaci. Już niedługo dziecko zacznie samo zauważać przesuwające się różnorakie obrazy, komentując, ucząc się i przeżywając.

Pierwsza ważna rzecz, to pora o której planujemy wyjazd. Najlepiej jeżeli będzie to tuż przed drzemką lub przed pójściem spać (przy jeździe nocnej) Dziecko jest już na tyle zmęczone, że będzie jechać spokojnie aż do zaśnięcia. 

Większość dzieci, szczególnie te aktywne ruchowo, ma problem z wysiedzeniem w foteliku dłużej niż 2h. Eksperci zalecają robienie przerw właśnie co 2h, choć my gdy widzimy, że nie ma takiej potrzeby, przeciągamy jazdę. 

Najważniejsze, żeby dziecko nie nudziło się - wtedy nie będzie koncentrować się na byciu "uwięzionym" w foteliku na kilka godzin.

Co robimy, by podróż samochodem nie zmieniła się w mękę?

* Ubieramy dzieci stosownie do pogody

Dzieci są wciśnięte dość ciasno w fotelik, zwykle jest im cieplej niż nam. Ubieramy dzieci warstwowo, tak, żeby móc w miarę potrzeby szybko je rozebrać. Nigdy nie zakładamy im butów. Gdy jest bardzo gorąco, mają gołe stópki, gdy jest chłodniej zakładamy im skarpetki lub lekkie kapciuszki ( można kupić fajne kapcie typu baletki np. w Pepco) Maluszka lepiej przykryć kocykiem niż grubo ubierać. Zawsze będzie można go szybko odkryć. Pamiętajmy, że samochód (nawet zimą) dość szybko się nagrzewa, więc albo nie kładziemy dziecku czapeczki wcale, albo zdejmujemy ją od razu, gdy temperatura będzie odpowiednia. Przegrzane dziecko będzie częściej chorować.

* Zabieramy książeczki

Nasze dzieci jeszcze nie potrafią czytać, ale chętnie słuchają, gdy ja to robię. Wprawdzie zwykle kończy się to bólem szyi, ale czego się nie robi dla dzieci ;) Te już potrafiące czytać, mogą to zrobić we własnym zakresie, bądź czytać na głos, by wspólnie przeżywać daną historię. 
Alternatywnie, można spróbować przygody z audiobookiem - nie każde dziecko dobrze się czuje czytając w samochodzie.

* Zabieramy CD/pen drive z dużą ilością piosenek dla dzieci 

Uwielbiamy śpiewać i jest to dobra metoda, by czas płynął szybciej. Nie ważne, czy śpiewamy dobrze, czy nie, przecież to nie o to chodzi. Mamy swoje ulubione przeboje, które nie raz zdarza się,że  musimy słuchać kilka razy, ale dzieci to uwielbiają. Nóżki chodzą w takt muzyki, rączki klaszczą klap klap i wszyscy są zadowoleni.

* Przygotowujemy dzieciom przekąski do jedzenia

Na co dzień nie kupujemy dzieciom słodyczy, ale to jest dobry moment, by zrobić im prawdziwe wakacje, czyli dać małe co nieco. Nie musi to być wcale niezdrowe. W pojemniczku może znaleźć się kawałek ciasta, batonik, cokolwiek dziecko lubi a na co dzień nie je, tak by się ucieszyło. Nie polecam czekolady, z wiadomych powodów. Jajko niespodzianka trzymane przez chwilę w małych cieplutkich rączkach wymaga natychmiastowej interwencji mokrych chusteczek. Unikajmy również produktów, którymi dziecko mogłoby się zakrztusić! 

* Kupujemy lub sami robimy książeczki interaktywne

Wszystko zależy od wieku naszych dzieci, naszych chęci, czasu i oczywiście zdolności. Na szczęście w sklepach można zdobyć wartościowe książeczki związane z podróżami i nie tylko. Nasze maluchy ucieszyły się z nowej malowanki i kredek. 

* Po drodze zwracamy uwagę na wszystkie ciekawe rzeczy za oknem

Zwracając uwagę dzieci na coś na zewnątrz, nie tylko pokazujemy im świat, ale zajmujemy ciekawą czynnością - po chwili same zaczynają się rozglądać w poszukiwaniu czegoś fascynującego. Nie muszą to być rzeczy wyjątkowe. Może to być duża ilość drzew wzdłuż drogi, człowiek, który właśnie przechodzi przez ulicę, przelatujący właśnie samolot, czy też ogromny wiatrak  stojący w oddali. 

* Zabieramy ulubioną zabawkę

Ulubiona przytulanka to niezbędna rzecz w podróży małych dzieci. Gdy są zmęczone, marudne, to właśnie w niej znajdują ukojenie i pocieszenie. Przytulanka pozwala zapaść w błogi sen.
Starsze dzieci też lubią mieć przy sobie ulubioną lalkę, miśka, są one wtedy pełnoprawnymi uczestnikami wyprawy. 

*Mamy pod ręką jedzenie i picie

Przekąski przekąskami, najważniejsze są jednak konkrety, czyli trzeba nastawić się na porządne kanapki, które są najszybszą metodą zaspokojenia głodu naszych dzieci. Bez zatrzymywania się mały brzuszek na jakiś czas zostanie zaspokojony.  Jeżeli podróż jest długa, nie zapomnijmy jednak przewidzieć po drodze jakiegoś ciepłego posiłku! Tu są różne alternatywy. Na prawie każdym dużym parkingu ze stacją benzynową przy autostradzie, znajduje się również restauracja. Jadąc przez miejscowości na pewno znajdziemy również przydrożną knajpkę.
Innym rozwiązaniem jest zabranie posiłku ze sobą (np. smażone udka kurczaka) i podgrzanie ich we własnym zakresie ( czyli bierzemy ze sobą butlę z gazem lub szukamy mikrofalówki) My często zatrzymujemy się w Ikei, jeśli tylko jest po drodze, gdzie jemy obiad w rozsądnej cenie. Jest to wygodne o tyle, że w strefie rodzinnej bez problemu można podgrzać przygotowane dla dziecka jedzenie (słoiczek, wodę na mleko, inne danie) Jest to też okazja, by dzieci chwilę się pobawiły.

* Tablet

Być może niektórzy mnie zlinczują za moje metody wychowawcze, ale tablet jest u nas konieczny. Kiedy dziewczynki są już zmęczone i nie mają ochoty ani na czytanie, ani na rysowanie, ani na śpiewanie, ulubiona bajeczka jest tym, czego potrzebują. 
Bajki dziewczynki oglądają tylko w oryginalnej wersji, więc przyjemne z pożytecznym :)


W czasie podróży dbamy o to, by jazda przeplatana była odpoczynkiem. Małe dzieci nie mają poczucia czasu, więc wystarczy chwila, by pobiegały, pobawiły się i kontynuowały podróż. Jeżeli jest taka możliwość, zatrzymujemy się w miejscach, gdzie są place zabaw (np. na parkingach lub na zwykłych osiedlach jeżeli jedziemy przez jakąś miejscowość a nie autostradą)
 Mam nadzieję, że przydadzą Wam się nasze doświadczenia, jednakże każde dziecko jest inne, warto więc próbować różnych rzeczy i wypracować sobie swoje metody. 


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Mission Impossible






Próbowaliście kiedyś wsadzić choć jednego kwiatka przy dzieciach? No cóż, mnie się to udało, ale zajęło mi to kilka godzin i skończyło się bólem nóg - chyba z ilości przebytych kilometrów.

"Mamusia, będę ci pomagać", oznajmiła E., gdy tylko zobaczyła mnie niosącą doniczki i targającą ziemię.
Młodsza oczywiście też przybiegła i zdecydowanie pokazała na siebie, kilka razy wymawiając swoje imię, by dać mi do zrozumienia, że ona też będzie pomagać. Mycie donic bardzo im się podobało, rozpryskująca woda przy wysokiej temperaturze powietrza, sprawiła im ogromną frajdę. Donice czyste, można wsadzać pierwszą roślinkę.

"Mamusia, siusiu!", no cóż, podnoszę się z krzesła, ściągamy buty i biegniemy z powrotem do domu. Młodsza oczywiście wyje wniebogłosy, że zostawiłyśmy ją samą. Po chwili wracamy i kiedy myślę, że już możemy zacząć wsadzać truskawki i poziomki, młodsza postanawia poskakać na trampolinie. Jak dać mamie znać, że bardzo jej na tym zależy? A no najgłośniej jak się tylko da. Moje uszy nie wytrzymują długo, więc po chwili zadowolony maluch skacze już szczęśliwy tam gdzie chciał.
No wreszcie. Biorę do ręki pierwszą doniczkę, wsypuję ziemię i co słyszę?
"Mamusia, może ja pójdę poskakać z J.? "Nie ma sprawy", odpowiadam, "Idź, poskakać z J."
E. bardzo dobrze umie sama wejść na trampolinę, ale oczywiście tym razem koniecznie chciała, żebym to ja ją wsadziła. Podnoszę się więc kolejny raz ze stołeczka głośno wzdychając, choć na męża nie mogę liczyć, bo on zajmuje się równie ciekawym zadaniem a mianowicie zakładaniem siatki na krety... 



No cóż, wsadzam E. do siostry i mam nadzieję na choć 5 minut wolnego. Wreszcie udaje mi się wkopać jedną poziomkę! Jeszcze tylko 5 pozostałych, 9 truskawek, różyczka, 2 małe goździki... O matko! Kiedy ja to wszystko skończę! Wprawdzie z trampoliny dochodzą mnie na razie śmiechy, ale ja wiem co to znaczy. Za chwilę któraś będzie płakać. Gdy widzę, że przytulają się leżąc na sobie, wiem, że mam mało czasu. Biorę szybko do ręki kolejną poziomkę, ale niestety. Muszę interweniować. "Mamusia, zobacz jaką J. ma fryzurę"! Naelektryzowane włosy sprawiły, że dziewczyny wyglądały jak strachy. Do tego wyznały sobie miłość zbyt mocno, bo młodsza siedzi i płacze. Ściągam obie na ziemię, zakładamy buty i gdy już myślę, że wrócę do swojego zadania słyszę:
"Mamusia, kupa!" No nie, jeszcze tego mi w tym momencie potrzeba. Znów biegniemy do domu, J. tym razem bez problemu zostaje z tatusiem. Pomaga mu kopać ziemię swoją łopatką i wrzuca na jedną z dziecięcych  taczek, które wczoraj dla nich zakupiłam. Kiedy wracamy z E. na dwór, ona też postanawia pomóc tatusiowi. Uff. Mam chwilę, więc wracam do wkopywania moich roślinek. Jedna, druga, trzecia.... chyba mi się poszczęściło. "Gdzie mogę dosypać?" pyta nagle E. i kątem oka widzę, że przyniosła na łopacie ziemię. Pokazuję jej gdzie jeszcze brakuje mi ziemi i tym sposobem udaje się wkopać kolejną poziomkę. Już niedługo może uda się przejść do drugiego zadania, czyli do truskawek.
E. odchodzi i wraca z taśmą do mierzenia. "Mamusia, mogę cię pomierzyć?" "Możesz", odpowiadam zrezygnowana, ale nie jest tak źle. Wymierzona jestem od stóp do głów, przy tym udaje mi się wkopać kilka truskawek.




Pod wieczór brakło mi już ziemi i niestety pelargonie nie zostały wsadzone, ale reszta roślinek znalazła się tam, gdzie powinna. W międzyczasie chodziłyśmy jeszcze dwa razy na siusiu, 3 razy na trampolinę, by po 2 minutach znów z niej schodzić i biegłam do J. by zabrać jej butelkę z otwartym Redds'em, która najwyraźniej ją zainteresowała i już miała ją w ręce.

Wynik trudnej misji - pozytywny!

piątek, 23 czerwca 2017

Córeczka Tatusia


Ci, którzy czytali moje poprzednie posty wiedzą, że moi rodzice również zmagali się z problemem niepłodności. Można powiedzieć, że poszczęściło im się (mam na myśli, że w ogóle udało im się mieć dziecko, a nie że akurat mieli mnie ;) i po 9 latach trudnych oczekiwań urodziła się córeczka. Podobno mój tata był wtedy w pracy na drugiej zmianie i gdy do niego zadzwoniono z tą informacją, zalał z wrażenia kawę zimną wodą :))

To były trudne czasy. Gdy miałam kilka lat, ukochany tatuś musiał wyjechać do pracy. Widywaliśmy się rzadko, a brak dostępu do takich luksusów jak telefon, email, Skype itp. sprawiały, że moja tęsknota za nim była duża. Za to pisał do mnie listy, które przetrwały do dnia dzisiejszego. 

Mimo, że tatuś zawsze nazywał mnie Księżniczką, wcale nią nie byłam. Dzięki niemu znałam się na markach samochodów, nauczyłam się kochać sport i wiele innych teoretycznie typowo męskich rzeczy.

Kiedy byłam mała, to właśnie on zabrał mnie do kina na Gwiezdne Wojny, do których do tej pory mam wielki sentyment. To były te czasy, kiedy to nie było Multikina. Przed budynkiem natomiast wystawiane były szklane gabloty z przyczepionymi zdjęciami z kadr filmu. Pamiętam jak staliśmy jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu seansu i wspominaliśmy różne sceny.

I taki sam jest do swoich wnuczek. Ciepły, troskliwy, opiekuńczy, choć nie raz zbyt dobry co skutkuje tym, że dzieci zamiast spać śmieją się wraz z nim i wygłupiają. Dla nich jest najukochańszym dziadziusiem, gdy mama pokrzyczy, skrywają się w jego ramionach. I choć nie raz i ode mnie mu się oberwie, że je rozpuszcza to wiem, że kocha je najbardziej na świecie.

Całe życie powtarzałam, że życzyłabym sobie w przyszłości takiego męża, jakiego miałam ojca. I tak się stało, choć mąż ma trochę inny charakter. Ma jednak najważniejsze cechy, cechy, które dla mnie liczą się najbardziej. Mój ojciec i mój mąż byli ze mną zawsze kiedy ich potrzebowałam. Ja i moje dzieci nie mogłyśmy lepiej trafić.

Co by nie mówić, coś jest w przekonaniu, że relacje jakie ma córka ze swoim ojcem, wpływają potem na to jaką jest żoną i matką.



Kiedy chodziłam do przedszkola, moja tęsknota za ojcem pracującym z dala od domu sięgnęła zenitu. Gdy moja mama powiedziała mu, jak bardzo przeżywam to, że po mnie nigdy nie przychodzi tatuś tak jak po inne dzieci, rzucił pracę i wrócił do domu. Zawsze będę mu wdzięczna za to, że nigdy nic nie było dla niego ważniejsze. Kochał mnie,kochał moją mamę,kocha moje dzieci i pewnie męża trochę też ;)

"Najlepszy prezent jaki ojciec może dać swojemu dziecku to kochać jego matkę"


Nie wiem jak kiedyś nauczę się żyć bez Ciebie...

Wszystkim tatusiom w dniu ich święta życzę radości z każdej chwili spędzonej ze swoimi dziećmi.  <3


czwartek, 22 czerwca 2017

Człowieku! Szanuj życie mojej rodziny!

Pamiętacie mój post pt. "Kiedy w domu rządzi dziecko?" Dziś miałam okazję przekonać się (niestety) na własnej skórze, jak ważne jest bezpieczeństwo w czasie jazdy. 

Wracałam dziś ze żłobka z dziewczynkami i moją mamą. Droga do niego w pewnym momencie jest kręta, dlatego też przewidziano tam ograniczenie prędkości do 30km/h. Jak możecie się domyślić, oczywiście nikt się do niego nie stosuje. I nie byłoby to aż tak niebezpieczne, gdyby nie fakt, że niektórzy kierowcy, ułatwiając sobie skręt, jadą środkiem drogi. 
Najgorsze jest to, że jest ona dość wąska i w normalnych warunkach ciężko jest się wyminąć, a przy wyżej opisanej sytuacji, nie ma po prostu za bardzo gdzie uciekać.

Przed samym zakrętem zupełnie nie widać samochodu nadjeżdżającego z naprzeciwka. Dziś w ostatniej chwili, wyjeżdżając zza feralnego zakrętu, zobaczyłam samochód dostawczy jadący wprost na nas! Miałam jakieś pół sekundy na reakcję i do wyboru, albo wjechać wprost na ten samochód, albo odbić w prawo i wjechać centralnie w krzaki na rowie, z których kątem oka zauważyłam wystawała duża gałąź. Wybrałam oczywiście tę drugą opcję. Uniknęłyśmy zderzenia z samochodem, ale niestety gałąź jak okazało się po chwili przejechała wzdłuż całego samochodu, uszkadzając lakier...

Postanowiłyśmy z moją mamą złapać winowajcę, domyślając się, że samochód ten jechał do pobliskiej hurtowni napojów. Miałyśmy szczęście. Sprawca właśnie parkował przed firmą. 
W takich sytuacjach kierują mną emocje, choć bardzo staram się trzymać nerwy na wodzy i mówić normalnie. Kierowcą samochodu dostawczego okazał się młody, 23-letni człowiek, który widząc wzburzoną matkę dwójki dzieci oraz ich babcię, sam się wystraszył i szybko przyznał do winy. Zrobiło mu się wstyd i głupio. Tłumaczył się, że nie jechał przecież bardzo szybko, bo 50km/h, ale cóż to jest za argument wobec mojego, że jechał środkiem drogi i zmusił nas do zjechania do rowu.

Z opuszczoną głową, młody człowiek słuchał, gdy powiedziałam mu, że nie liczy się dla mnie to auto. Nie jest ono ani nowe, ani prestiżowe  takie jak Mercedes czy Porsche, które niektórzy traktują na równi z człowiekiem. Najważniejsze jest dla mnie życie moje, mojej mamy i moich dzieci. 

Według tego człowieka cóż to jest 50 km/h. Dla mnie dużo. Testy zderzeniowe pokazują z jaką siłą uderza samochód w drugi jadący z naprzeciwka przy zaledwie takiej prędkości. Wielkość tamtego pojazdu też nie jest bez znaczenia. Przy nim, my byłyśmy małą mróweczką. Wystarczy, gdyby nas zahaczył. Za mną siedziała młodsza córka. Nawet nie chcę myśleć, czym mogłoby się skończyć nawet najmniejsze uderzenie.

Opowiadam Wam tę historię z dwóch powodów. Oczywiście chcę się wyżalić, emocje już dawno opadły, ale przede wszystkim ostrzec innych, którzy nadal mają podejście do jazdy jak moja koleżanka opisana TUTAJ 
A co, gdyby faktycznie doszło do stłuczki/ wypadku i dziecko nie byłoby zapięte? Aż strach pomyśleć.

W emocjach powiedziałam temu młodemu człowiekowi, że tacy jak on nigdy się nie nauczą, że są zagrożeniem dla drugiego człowieka. Jeżdżą bez wyobraźni, widząc na przeciwko siebie samochód a nie drugiego człowieka w nim jadącego. Kiedy ten człowiek tak stał i mnie słuchał, widziałam, że coś do niego dotarło. Zapytał mnie, dlaczego sądzę, że się nie zmieni. 
Mam nadzieję, że się mylę. Że jednak się zmieni. W końcu nie miałam żadnego dowodu, że to on (może jednak kamerki samochodowe nie są takim głupim pomysłem) a jednak się przyznał i potem przeprosił. Kiedyś być może będzie mieć swoje dzieci, może przypomni sobie tę sytuację i będzie wiedział jak czułam się dziś ja. 

wtorek, 20 czerwca 2017

Ulubione wierszyki 2 i 3-latka



No cóż, miały być szybkie zakupy w Lidlu, ale moją uwagę przyciągnęły pewne książeczki :) Może market nie jest dla niektórych dobrym miejscem na kupowanie książek, ale te akurat wydały mi się wartościowe. Seria ta wydawnictwa Zielona Sowa, zawiera wierszyki dla 2,3,4,5 latków.


Znane i lubiane wierszyki z których część ma również swoją wersję śpiewaną.


Do tego kolorowe, przyjemne obrazki.





Można wykorzystać w zabawie z maluchem. Dzięki książeczce przypomniała mi się "Misia Bela", którą znam z przedszkola! Nigdy nie wiedziałam o czym jest ten wierszyk... ale go lubiłam i pokazywałam wymachując rączkami :)


Uwielbiałam "Rzepkę" :)





Nie wiem, czy Wam też się spodobają te książeczki, ale jeśli tak to biegnijcie do Lidla, jeszcze są ;)  cena niecałe 8zł. Możecie też poczekać na komentarz mojej zaprzyjaźnionej Mamy Tygryska - ona jest specjalistką w tej kwestii :)